Powieść nie nadąża za rzeczywistością, czyli reportaże noblistki - DKK w lutym 2016

Spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki w lutym towarzyszyła lalka, przywieziona ze Związku Radzieckiego, maskotka Olimpiady 1980, przedstawiająca chłopca w stroju ludowym.

Chociaż piegowata pogodna buzia wiejskiego urwisa wywoływała uśmiechy, to dyskusja wokół twórczości dziennikarki Swietłany Aliksijewicz była utrzymana w poważnym tonie. Czytając „Czarnobylską modlitwę” czy „Koniec czerwonego człowieka” czułam pewien dyskomfort. I nie wynikał on tylko z niełatwej, bolesnej tematyki reportaży. Chodziło o prawie całkowity brak formy. Aleksijewicz podaje nam słowa bohaterów wywiadów surowe, nie poddane obróbce literackiej. Zagłębiając się w książki białoruskiej noblistki czujemy się tak, jakbyśmy popijając czaj znaleźli się w kuchni radzieckiego/rosyjskiego domu i wysłuchiwali opowieści niezliczonych, najczęściej prostych ludzi, z których każdy zapoznaje nas ze swoją indywidualną prawdą, ze swoim życiem i swoim spojrzeniem na historię Rosji. A była to historia niewygodna dla władzy, wypierana: rola kobiet w drugiej wojnie światowej, losy wojennych sierot, skutki katastrofy w Czarnobylu, radziecka interwencja w Afganistanie. W jaki sposób Swietłanie udawało wyciągnąć się osobiste wspomnienia od osób, które poddane praniu mózgu nie potrafiły na oficjalnych spotkaniach powiedzieć niczego poza „ideologicznie słuszne” banały i frazesy? Dziennikarka twierdzi, że była to zasługa wakacji spędzanych na ukraińskiej wsi, gdzie na ławeczce koło babcinego domu zbierały się wiejskie kobiety, żeby snuć opowieści o niełatwym życiu. Wtedy nauczyła się słuchać ludzi i zrozumiała, że próba dotknięcia do prawdy polega na polifonii, oddaniu głosu wielu ludziom. Każdej książce dziennikarka poświęciła kilka lat, w jej wypadku twórczość polegała na dotarciu do kilkuset osób, rozmowie z nimi, próbie zrozumienia ich, na wysłuchaniu ich jak przyjaciel i na cierpliwym czekaniu na szczerość. Na spotkaniu DKK zadaliśmy pytanie, czemu bolesne książki mają służyć? Czy zmienią mentalność, rzeczywistość, czy może lepiej nie wsadzać kija w mrowisko, bo jak wykrzyczała matka jednego z poległych „Afganów”, z którą Aleksijewicz przeprowadzała wywiad – ona nie potrzebuje prawdy, ona potrzebuje syna bohatera? Na te pytanie każdy musi sobie sam odpowiedzieć.