Rosyjskie piosenki i cmentarz pełen zabawek

  • Kategoria: Archiwum2013

Wycieczka DKK Mosińskiej Biblioteki do Bornego Sulinowa udała się nadzwyczajnie – nie mogło być inaczej, gdy naszym przewodnikiem była pani Wanda Bech. Pani Wanda, związana od kilkunastu lat z Miastem pod Skrzydłami Orła, czuje się tam jak u siebie w domu. Borne Sulinowo, dziwne miasto, którego jeszcze dwadzieścia lat temu nie było na mapie Polski. III Rzesza wybudowała na tych terenach w latach 30. garnizon dla szkoły artylerii Wehrmachtu. W 1945 roku wkroczyła tu Armia Czerwona i utworzono doskonale strzeżoną bazę Północnej Grupy Wojsk. My rozpoznawaliśmy budynki z okresu niemieckiego po pięknych czerwonych dachówkach, a bloki radzieckie po płaskich dachach.”.

Zanim wjechaliśmy do Bornego Sulinowa, złożyliśmy wizytę w miejscu dawnego oflagu (przeznaczonego dla oficerów francuskich, później polskich) Grossborn. W obozie, znanym z licznych ucieczek, jeńcy zorganizowali własny teatr i igrzyska sportowe. Odwiedziliśmy też rosyjski „Cmentarz z Pepeszą”, na którym pochowani są radzieccy wojskowi i ich dzieci, zmarłe po drugiej wojnie światowej. Rosjanie zapoczątkowali osobliwy zwyczaj, później kultywowany przez uczniów zajmujących się grobami – dzieciom przynoszono oprócz zniczy pluszowe zabawki. O mieście, które właśnie obchodziło 20-lecie nadania praw miejskich, ciekawie opowiadał jeden z pierwszych mieszkańców, obecnie dyrektor Muzeum oraz pan Andrzej Michalak, prywatny kustosz i hobbista, prezentujący nietypowe zbiory dotyczące historii Bornego Sulinowa, mieszczące się w garażu. Spacer pomiędzy sosnami, porastającymi miasteczko, obfitował w liczne atrakcje, największe wrażenie zrobiły na nas ruiny Domu Oficera, do którego weszliśmy „na własne ryzyko”. Pałacyk o ciekawej architekturze, położony nad jeziorem Pile, pełnił kiedyś funkcje reprezentacyjne – dość wspomnieć, że sala koncertowa przeznaczona była na tysiąc osób.
Nocowaliśmy w dawnym szpitalu wojskowym, dziś Domu Pomocy Społecznej, obecnie największym budynku w mieście (o czym przekonaliśmy się nieraz gubiąc się w licznych skrzydłach i zakamarkach domu). Pensjonariusze zachwalali sobie pobyt w pięknym miejscu, jedzenie i powietrze nasycone olejkami sosnowymi. Za to uczestnicy naszej wycieczki chyba nie zapomną wieczornej zabawy – w knajpce PRL-u. Kolacji na pamiętne kartki żywnościowe, opłaconej setkami z Waryńskim, rosyjskich piosenek i pląsów w tancbudzie oraz sołdata, który czekał na nas przy wartowni – nie do rozpoznania przebrana pani Wanda. Wyjeżdżając, obiecaliśmy wrócić tu z rodzinami, a wówczas naszym przewodnikiem będzie pan Michalak, organizujący wycieczki wojskowymi gazikami szlakiem bunkrów. Był początek czerwca, więc nic dziwnego, że zapachniało nam wakacyjną przygodą: sosnowy las, słońce, błyszcząca tafla jeziora i nasz śmiech – będzie do czego wracać!

Zofia Staniszewska

"To tylko moja żona" - czyli wyprawa do Bornego Sulinowa

Uczestnicy wycieczki z dnia 8.czewrca 2013r. smacznie jeszcze spali, gdy 17 września 2012 roku, tuż przed 5 rano Wanda Bech przebudziła się. Był mglisty, szary poranek, ale ona już wiedziała... Zainspirowana przeczytaną ostatnio książką a także dotychczasowymi doświadczeniami, zdecydowała: zdobywamy Borne Sulinowo! A że dla Wandy nie ma rzeczy niemożliwych wkrótce ten szalony plan miał zostać zrealizowany. Zastanawiacie się Państwo, czy to możliwe? A jednak! Jak się dowiedzieliśmy z jej autobiografii, już jako nastolatka strzelała z KBKS-u, podążała za mężczyznami w mundurach często sama zakładając wojskowe ubrania, by nieco później zakochać się z wzajemnością w Bornem Sulinowie.
Od tego czasu widują się z Bornem dość często, wykorzystując chyba wszystkie nadarzające się okazje. Wanda zdobywa Borne! Za każdym razem od nowa. Tym razem miało to być jednak zupełnie coś innego… Dotychczasowe próby to raczej akcje sanitariuszki ze zgrają mężczyzn w swoich wojskowych zabawkach. Wandzie to nie wystarczało. Zapragnęła bohaterskiego wyczynu! Zaplanowała wyjazd z armią pięknych umysłów, armią kobiet, które kochają książki dużo bardziej niż swoich mężów, a już na pewno poświęcają im więcej czasu pieszcząc je w swoich dłoniach, zasypiając z książką na piersiach czy opowiadając z taką pasją o właśnie odkrytej pozycji literatury, jak facet o swojej nowej, 20 lat młodszej kochance. Wanda, wspólnie z Krystyną i Zosią, przygotowały wszystko w najdrobniejszych szczegółach. W drogę ku byłemu gniazdu czerwonych żmij wyruszyliśmy w piękny sobotni poranek z parkingu tuż przy kanale. Tym samym, w którym tak niedawno przecież, stoczyły się zacięte walki kajaków o czerwony samochód. Zbieżność kolorów wydaje się nie być przypadkowa... Pomimo tego, iż rosyjscy tajniacy próbowali jeszcze w ostatniej chwili unicestwić wyprawę „Armii Wandy” myląc drogę naszego wozu pancernego, sprytne kobiety nie dały się zwieść. Wróciwszy na właściwy, wojenny szlak, dodawały sobie otuchy piosenką. Zapewne ten śpiew słyszany był już w Bornem, gdyż jak się później okazało, o naszym przyjeździe wiedzieli już i kierownik miejscowego muzeum, i ośrodek opieki społecznej, właściciel PRL-u, a nawet sam proboszcz. Ten jednak stchórzył w ostatniej chwili dowiadując się, jak dużo pięknych, elokwentnych i oczytanych kobiet pragnie się z nim spotkać. Borne Sulinowo zdobywaliśmy po kawałku. Każdy etap wyprawy oprawiony był opowieściami i ciekawostkami, które sypały się niczym z rękawa (także rękawa męża Pani Wandy, który dbał o to, by wszyscy uczestnicy inwazji na Borne nie chcieli siedzieć koło przewodniczki wyprawy). Wielkie wrażenie na uczestnikach wywarł dom oficera o rzadko spotykanej architekturze, instynkty łowieckie wzniecał sklep „U Saszy” z rosyjskimi specjałami, w izbie muzealnej usłyszeliśmy o historii Bornego od jednego z pierwszych jego cywilnych mieszkańców. Pozostałości po magazynach, willach ważnych osób czy lokalny cmentarz radziecki uzupełniały obraz rozmachu działalności zarówno niemieckich, jak i radzieckich właścicieli tych terenów. To, co przytłacza chyba niemniej, to trud codziennego życia dzisiejszych mieszkańców Bornego - brakuje tu pracy i perspektyw. Zdobyliśmy miejscowe zabytki, ruiny, muzea, sklepy, bary i kościół. Przeciwnik poległ. Ostatnie walki stoczono podczas tańców w PRL-u, gdy zazdrosna żona spoliczkowała swojego mężczyznę tańczącego z jedną z naszych żołnierek. Zaskoczony mężczyzna potrafił tylko wydukać: „Niech się pani nie martwi, to tylko moja żona”. Może dlatego w nocy, gdy część Armii Wandy smacznie spała, druga część czuwała na pidżama party... W niedzielę rano, po obfitym posiłku, wyruszyliśmy w drogę do domu. Powrót z wojennej wyprawy rozpoczęliśmy wizytą w prywatnym muzeum, gdzie dziewczyny, niczym fotomodelki, pozowały w wojskowych samochodach. Spokój mężów, czekających w domach na kobiety wracające z poligonu, zmąciłby niewątpliwie fakt kolejnej ingerencji tajnych rosyjskich służb. Chciały one drzwiami autobusu zabić jedną z wysiadających żołnierek! I tym razem kobiety zostały niepokonane.

Sądząc po zadowoleniu wszystkich uczestników wyprawy do Bornego Sulinowa największe tajemnice wyprawy staną się legendami ARMII WANDY i inspiracją do kolejnych podbojów!

PS
Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe.

Marcin Niemczewski

Wycieczka do Bornego Sulinowa

Wiosna tego roku była niezwykle kapryśna. Przez deszczowe chmury z rzadka przeświecało słońce. Pomysł zorganizowania na początku czerwca wycieczki dla członków Dyskusyjnego Klubu książki i naszych sympatyków spędzał mi sen z powiek. Wiadomym jest bowiem, że połową sukcesu każdej plenerowej imprezy jest dobra pogoda.
Jednak pokusa pokazania tego niezwykłego miasta, miasta trzech kultur, ukrytego przez dziesięciolecia pod skrzydłami orła była nieodparta. Poskutkowały też moje czary, dość że w dniu wyjazdu nie było na niebie żadnej chmurki. Do Bornego Sulinowa, pełnego tajemnic, niezwykłego miasta jechaliśmy szlakiem dwóch pozycji literackich: „Kontraktu panny Brandt” Miji Kabat i „ WWW. Ru2012.pl” Marcina Ciszewskiego. W latach 1933-1939 rząd III Rzeszy wykupił część terenów i wysiedlił z nich ludność w celu budowy bazy wojskowej i utworzenia poligonu (okolice wsi Linde). W 1936 zakończono budowę miasteczka militarnego dla szkoły artylerii Wehrmachtu, którego otwarcia dokonał 18 sierpnia 1938 Adolf Hitler. Przebywał tu ponownie w dniach 5-8 września 1939.
W garnizonie Groß Born stacjonowały jednostki dywizji pancernej Heinza Guderiana przed atakiem na Polskę w 1939. Na poligonie ćwiczyły oddziały Afrika Korps dowodzone przez gen. Rommla (drugim poligonem Afrika Korps była Pustynia Błędowska).
Na początku 1945 żołnierze niemieccy opuścili miejscowość, po czym zajęła je Armia Czerwona, utrzymując jej militarny charakter. Utworzono tu doskonale strzeżoną bazę Północnej Grupy Wojsk. Mimo, iż obszar ten został w 1945 formalnie włączony do Polski, to faktycznie był on oderwany od struktury terytorialnej kraju, a w ewidencji gruntów figurował pod nazwą "tereny leśne".
Do 12 października 1992 wojsko rosyjskie ostatecznie opuściło Borne Sulinowo – było to 15 tysięcy żołnierzy kontyngentu 6 Witebsko-Nowogródzkiej Gwardyjskiej Dywizji Zmechanizowanej Armii Radzieckiej. W kwietniu 1993 miasto zostało przekazane polskim władzom cywilnym. Po oficjalnym otwarciu miejscowości, 2 października został jej nadany przez Radę Ministrów RP status miasta. Tym samym rozpoczął się proces zasiedlania.
Do miasta zaczęli napływać jego nowi mieszkańcy. Polacy z różnych zakątków kraju. Emeryci, poszukiwacze przygód, artyści, rozbitkowie życiowi. Ta wybuchowa mieszanka nadała miastu niespotykany nigdzie charakter.
Ludzie „bez korzeni” z głowami pełnymi pomysłów i chęcią samorealizacji. Znam takich wielu. Jednym się powiodło, inni znaleźli ukojenie po wielu życiowych zakrętach inni niestety pozostali na marginesie życia. Nazywa się ich tu TROLLAMI. Planowanie wycieczki zaczęłam jeszcze zimą. Wyznaczyłam jedyny dostępny dla mnie termin tj. 8-9 czerwca. Jak się znacznie później okazało dni te przypadły na obchody 20-lecia miasta. Przed nami 200 km, krótki postój na kawę w okolicy Piły i jazda. Im bardziej oddalaliśmy się od cywilizacji, gęstniał piękny, mieszany las. Na poboczach dobrze utrzymanej lokalnej drogi kwitły fioletowe łubiny. Jesienią zastąpią je wrzosy. Na około 25 km przed celem naszej podróży zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie podczas II wojny światowej mieścił się Offlag II D Gross Born/Westfalenhof.
Obóz został utworzony 1 czerwca 1940 r. na miejscu stalagu II E Gross Born na wschodniej części wzgórza zwanego Hundsberg (Psią Górką) w pobliżu miejscowości Westfalenhof (dzisiejsze Kłomino) na południowym krańcu poligonu wojskowego.
Początkowo w obozie przebywali tylko francuscy jeńcy wojenni.
Oflag II D znany był z ucieczek jeńców (pierwsza miała miejsce już 15 sierpnia 1940 r.). W połowie 1942 r. Francuzi zostali z obozu wywiezieni, a zamiast nich osadzono Polaków, z obozu w Arnswalde (Choszczno). Po 1942 r także jeńców sowieckich, których było ok. 26 000. Liczba polskich jeńców znacznie wzrosła w latach 1944-1945. 20 stycznia przesunięto tu, na miejsce jeńców sowieckich, jeńców polskich z Stalagu II A w Neubrandenburgu. Na dzień 1 stycznia 1945 r. było 5391 Polaków (5014 oficerów i 377 ordynansów). W obozie działała organizacja konspiracyjna Odra, na czele której stał płk dypl. Witold Dzierżykraj-Morawski, jednocześnie pełniący funkcję starszego obozu. Po jego aresztowaniu we wrześniu 1944 r. przejął ją płk Izydor Izdebski. Wychodziły także podziemne pisma, jak "Zadrucie", "Znaki", czy "Alkaloidy". Jeńcy organizowali zajęcia kulturalno-oświatowe, istniał teatr. W lecie 1944 zorganizowano tu zawody sportowe określane jako XII Igrzyska Olimpijskie z ok. 100 zawodnikami w 16 dyscyplinach sportowych. Do obozu trafiła – po upadku powstania warszawskiego – duża część powstańców. Obecnie władze miasta nawiązały kontakt z potomkami więźniów francuskich, którzy co roku przyjeżdżają na miejsce Offlagu.
Przygnębiającą historię tego miejsca potęgowały mijane po drodze resztki budynków Kłomina, niegdyś miasta równego wielkością Bornemu Sulinowu ( ok. 5000 mieszkańców).
Następnie udaliśmy się na jedno z często odwiedzanych miejsc, jakim jest cmentarz z pepeszą. Charakterystycznym jego punktem jest grób Iwana Paddubnego, ozdobiony pomnikiem przedstawiającym rękę trzymającą wzniesioną do góry pepeszę. Jakby w geście triumfu, geście znanym z radzieckich filmów o wojnie ojczyźnianej.
Pomnik stał wcześniej na skwerku na skrzyżowania dzisiejszych ulic Orła Białego, Lipowej i Alei Niepodległości, w samym centrum miasta. Pepesza została przeniesiona na cmentarz już po nastaniu tu Polski i jest teraz jego symbolem, pojawia się na widokówkach i drogowskazach. Bo rzeczywiście jest i absurdalna, i niezwykła. Spoczywający pod pomnikiem szeregowiec poległ w 1946 roku. Podobno wsławił się krwawą jatką urządzoną we wsi Krągi – w strzelaninie miało zginąć kilkanaście osób. A czy to prawda? Nie wiem.
To miejsce niezwykłe i przez swoją historię, i przez to, jak wygląda dziś.
Cmentarz, położony za miastem, w lesie przy drodze do Szczecinka, powstał po założeniu radzieckiej bazy wojskowej w Bornem Sulinowie, a chowano na nim zmarłych obywateli ZSRR aż do czasu likwidacji bazy w 1992 roku. Kto na nim leży, skoro umarli nie polegli w wojnie? Są tu 344 mogiły, przy czym spoczywa w nich aż 146 osób o nieznanym nazwisku. Dlaczego? Kim był „nieizwiestnyj sołdat” w czasach pokoju?
Nieznani żołnierze służyli w 6 Gwardyjskiej Witebsko-Nowogrodzkiej Dywizji Zmechanizowanej stacjonującej w Bornem Sulinowie oraz w radzieckim garnizonie w odległym o 20 km Szczecinku. Nie było wojny, ale na poligonach, podczas ćwiczeń, a nawet przy codziennej pracy od czasu do czasu ginęli żołnierze. Czy nie było co zbierać, czy też nie chciano psuć statystyk i tłumaczyć się przed rodzinami? Wygodniej było wymazać ich nazwiska z papierów i statystyk.
A dezerterzy? Zbiegły żołnierz Armii Czerwonej niewielkie miał szanse ujść z życiem. Nie oddawano mu honorów, a grób pozostawał bezimienny. Tak tłumaczą dzisiejsi znawcy historii Bornego Sulinowa. A w oficjalnych dokumentach nie ma ani nazwisk, ani daty śmierci pochowanych tu ludzi.
Na cmentarzu leżą też cywilni pracownicy tajnej radzieckiej bazy wojskowej i członkowie ich rodzin zmarli w czasie służby. Ciała zmarłych oficerów i ich rodzin transportowano do ZSRR. Cywile pozostawali na miejscu. Zdecydowana większość grobów pochodzi z lat 1945-1967, a najwięcej, bo aż 16, z 1954 roku. Wiele mogił otoczono kutymi żelaznymi płotkami. Trudno się oprzeć wrażeniu, że pozyskano je z popadających w zapomnienie ewangelickich, poniemieckich cmentarzy. Jak było, tak było. Po 1970 roku na cmentarzu chowano już tylko dzieci. Wśród tych cywilnych grobów to ich mogiły robią ogromne wrażenie. Małe, otoczone płotkami. I jest ich wiele… 5 pochodzi z lat 70. i aż 18 z kolejnego dwudziestolecia. Na kilku grobach dziecięce zabawki… taki był ponoć radziecki obyczaj. Na grobie mężczyzny wypadało wypić za jego spokój. Dziecku przynoszono zabawkę. To właśnie te groby zatrzymały nas na dłużej. Staliśmy zadumani nad skomplikowanymi losami tych ludzi, których wielka polityka rzuciła na obcą im ziemię i ta sama polityka rozdzieliła ich ze szczątkami najbliższych.
Trudno odróżnić prawdę od legendy w opowieściach o Bornem Sulinowie. Kiedy Rosjanie w 1992 roku opuścili bazę, pozostawili i cmentarz. Podzielił on los tajnego miasta – zaczął popadać w ruinę. Teraz poradzieckim cmentarzem opiekują się władze Bornego Sulinowa . W 2007 roku przeprowadzono jego generalny remont, wtedy też przeniesiono tu ekshumowane szczątki radzieckich żołnierzy pochowanych na likwidowanych cmentarzach w Kołobrzegu i Białogardzie. Utrzymanie cmentarza wspiera Rada Ochrony Pamięci, Walk i Męczeństwa. Teren wygląda bardzo przyzwoicie, jest zadbany i uporządkowany.
Uczniowie tutejszych szkół odwiedzają mogiły, palą świeczki i… przynoszą zabawki na dziecięce groby. Taka się tu zrodziła „tutejsza” tradycja. I atrakcja dla turystów. Tuż przy wjeździe do miasta, przy jego głównej ulicy mieści się budynek muzeum miejskiego, a właściwie izba muzealna.
Słowo izba muzealna nie w pełni oddaje wszystkie funkcje świeżo otwartego gmachu przy Alei Niepodległości. Oprócz sali wystawowej mieści się tu aula pobliskiej szkoły i pracownie dydaktyczne. Jest sala konferencyjna oraz pokoje dla 32 osób. – Można tu organizować szkolenia i sympozja – mówi Dariusz Czernawski, kierownik izby muzealnej.
Budynek w czasach, gdy w Bornem stacjonowali Niemcy, mieścił kantynę żołnierską. Po przejęciu bazy przez Rosjan, ci drudzy urządzili tu izbę tradycji 6. Witebsko-Nowogordzkiej Dywizji Zmechanizowanej stacjonującej w leśnym miasteczku.
Miasto przejęło budynek w 1992 roku. 10 lat później rozpoczął się remont, ale wkrótce trzeba go było wstrzymać z powodów finansowych. Dopiero niedawno władze Bornego zdobyły unijną dotację na dokończenie prac.
Sercem izby jest sala wystawowa. Na inaugurację przygotowano ekspozycję pamiątek z oflagu DII, w którym w czasie II wojny trzymano jeńców alianckich (imię bohaterów oflagu nadano niedawno Zespołowi Szkół w Bornem). Nie brak także pamiątek z czasów niemieckich i sowieckich, które do tej pory spoczywały w piwnicach ratusza.
Podczas gdy uczestnicy wycieczki słuchali z zainteresowaniem informacji przekazywanych przez Pana Darka Czerniawskiego, ja miałam miłą niespodziankę. Spotkałam bowiem grupę francuzów, których poznałam w minionym roku na rocznicowych obchodach wyjścia francuskich jeńców z oflagu. Jeden z nich (Etienne) rozmawia po niemiecku, co ułatwiło nam wtedy nawiązanie kontaktu.
Stojący przed budynkiem czołg T-34 pozyskano z wojska, a miłosnicy militarnej motoryzacji "Grupa wschód-zachód" z Tarnowa Podgórnego przetransportowała go i osadzila na cokole. Ta sama, która zaszczyciła tegoroczne Dni Mosiny przyjeżdżając aż trzema pojazdami militarnymi na nasz pokaz.

Zmęczeni podróżą i głodni dotarliśmy do naszego miejsca zakwaterowania.
Pięknie położony wśród wysokich drzew, były niemiecki szpital garnizonowy, przedstawiał się imponująco, choć w rezultacie powodował trochę utrudnione docieranie do właściwych pokojów. Rozlokowano nas w dwóch sektorach. W obu numeracja pokoi powtarzała się, więc kilkakrotnie spotykałam błąkające się osoby, zdziwione, że pod ich numerem mieszkają inni ludzie. Po obiedzie wyszliśmy na pieszą wycieczkę po mieście. Oglądaliśmy stare, pięknie położone wśród iglastych drzew na skwerach, a w dawnej strefie oficerskiej ukryte wręcz wśród zieleni, pochodzące z lat 30-tych ubiegłego wieku budowle.
Największy podziw, a jednocześnie rozczarowanie stanem po pożarze w 2010 roku, wzbudził dawny dom oficera. Budynek został zbudowany w latach 1934-1936 przez Niemców. Znajdowała się tam szkoła artylerii Wehrmachtu oraz kasyno oficerskie. Szkolono tu między innymi oficerów i podoficerów jednostek pancernych gen. Guderiana. W czasach, gdy miasto należało do Rosjan, budynek pełnił rolę Garnizonowego Domu Oficera. Kino, teatr, sala koncertowa, dyskoteka stanowiły centrum kulturalne miasta. Sala teatralna-kinowa mogąca pomieścić 1000 widzów uległa spaleniu w lutym 2010 r. , a cały obiekt popada w ruinę – szkoda!

W pobliżu miało się mieścić zejście do podziemi oplatających ponoć całe miasto, jak głosi miejscowa legenda. W drugiej połowie lat 90. wykonano nawet próbne odkrywki przed Domem Oficera, jednak kilkunastometrowy wykop choć nie potwierdził tych rewelacji nadal rozbudza wyobraźnię turystów i mieszkańców. Zaglądając w to miejsce spoglądam zawsze na fryz wieńczący gzyms nieistniejącego dachu, jakby w oczekiwaniu na ostateczny upadek Diany. Dalej dotarliśmy do resztek willi Guderiana, ta również nie rokuje już nadziei na powrót do dawnego stanu. Kiedyś był to okazały i pięknie położony budynek, zbudowany przez Niemców w latach trzydziestych. Odbiegający architektonicznie od reszty militarnych zabudowań, był miejscem zakwaterowania generała Guderiana. W budynku bywali także inni głównodowodzący wojskami III Rzeszy.
Po wojnie w rezydencji mieściło się przedszkole, do którego uczęszczały dzieci pracowników i żołnierzy stacjonującej w mieście radzieckiej jednostki wojskowej 6 Witebsko Nowogrodzkiej Dywizji Gwardyjskiej. W 1990 roku pożar zniszczył budynek i zaczął popadać w ruinę. Dziś już praktycznie niewiele z niego zostało.
Willa została zbudowana w latach 30-ych przez Niemców jako element kompleksu wojskowego miasta Borne Sulinowo. Była miejscem zakwaterowania dowództwa garnizonu i wyższych oficerów szkoły artylerii Wehrmachtu. Po II wojnie światowej budynek pełnił rolę hotelu dla wyższych oficerów wojsk radzieckich. Obecnie własność prywatna.
Przed nami było jeszcze trochę spaceru, a zauważyłam, że moja wycieczka jest już nieco przywiędła. Byliśmy tuz obok nowoczesnego obiekt Hotelu i restauracji Marina . Hasło kawa i piwo dodało ludziom sił do pokonania ostatnich 100 metrów. Obiekt mieści się na wysokim brzegu jeziora, a jego taras piwny zbudowano w kształcie wielkiej łodzi rybackiej. Z przyjemnością odpoczywaliśmy w cieniu żagli sącząc bursztynowy napój. Ale to nie koniec programu.
Na 18.30 byłam umówiona z tutejszym proboszczem na wejście do kościoła. Co prawda przyszliśmy 15 minut przed czasem, ale ksiądz mimo iż potwierdził wcześniej gotowość zaprezentowania nam świątyni, wykręcił się koniecznością pilnego wyjazdu do chorego. Weszliśmy zatem sami, żeby zobaczyć ten niezwykły budynek.

Kiedy w 1993 r. zaczęli osiedlać się w Bornem Sulinowie pierwsi cywilni osadnicy, a wśród nich katolicy, wiadomym było, że do kultywowania swojej wiary potrzebować będą kościoła. Już w 1993 r. powołano parafię pod wezwaniem św. Brata Alberta. Na jej świątynię przeznaczono budynek poradzieckiego kina z lat siedemdziesiątych. Jego adaptację zakończono w 1997 r. Do sali kinowej dobudowano w 2009 r. wieżę-dzwonnicę. Stojący obok budynek koszarowy stał się siedzibą parafii. Od 2008 r. na wyposażeniu świątyni jest tryptyk autorstwa por. Zamojskiego z 1940 r., który znajdował się w obozie jenieckim Gross Born, a później w Katedrze Polowej WP w Warszawie. Kandelabry pochodzą ze zrujnowanego dziś domu oficera.
Mała przerwa na toaletę i spacerkiem na kolację do restauracji o wdzięcznej nazwie PRL. Jestem pewna, że wszyscy czekali na tę chwilę. Mimo zmęczenia całodziennym zwiedzaniem nie protestowali, że muszą jeszcze pokonać te 500 metrów. Po wcześniejszej wizycie w sklepie u Saszy, gdzie można nabyć oryginalne produkty z za wschodniej granicy, w towarzystwo wstąpił nowy duch.
Postanowiłam przygotować małą niespodziankę. Zabrałam z domu mundur radzieckiego żołnierza, umówiłam się z Tadeuszem, kolegą mieszkającym w Bornem Sulinowie, żeby przyjechał w mundurze samochodem GAZ-69. Koleżanki z DKK nie pozostały mi dłużne. Przyszły na kolację w modnych w latach 70-tych perukach, spodniach dzwonach i falbaniastych sukienkach. Było niemałe zaskoczenie, sesja zdjęciowa i wiele śmiechu. Na kolację podano barszcz ukraiński, pierogi z borneńskimi grzybami, oranżadę i 20g wódeczki (dawka ratująca życie). Jedna z koleżanek (Gosia) ujawniła swój talent pomagając sprawnie w obsłudze gości. Po kolacji poprosiłam szefa lokalu o decyzję co do formy płatności, pokazując mu kartki na mięso i kserokopie starych banknotów – minę miał nietęgą. Na koniec Tadeusz zaprosił nas pod namiot tancbudy, gdzie wspólnie z kolegami zagrali dla nas przeboje z epoki. Wśród tańczących nie widziałam zmęczenia. To chyba zaleta klimatu. Powroty na nocleg trwały do późnych godzin nocnych. Następnego dnia rano wszyscy stawili się na śniadanie jeszcze przed czasem. Przed wyjazdem wstąpiliśmy do małego, choć bogatego w eksponaty, prywatnego muzeum pana Andrzeja Michalaka. To jeden z pierwszych mieszkańców tego miasta. Przez lata poszukiwał w okolicy pozostałości po dwóch armiach. Przy okazji odkrywał schrony, stare strzelnice i bunkry, wytyczał szlaki po których wozi obecnie turystów, swoimi starymi wojskowymi samochodami.
Słuchając opowieści z pogranicza faktu i fantazji można miło spędzić czas i pozwolić własnej wyobraźni poszaleć do woli. Ale jak wiadomo, wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc nadszedł czas wyjazdu. Kilka osób obiecywało powrót w porze kwitnienia wrzosów i grzybobrania, a jest co zbierać!

Wanda Bech