Morderca w masce

Był grudzień, zbliżała się Gwiazdka. Promienie wschodzącego słońca majaczyły na horyzoncie. Zmarznięci ludzie spieszyli się do pracy ślizgając się na ośnieżonych chodnikach i marząc o gorącej kawie. Przykryte puchem Mieczewo zapadało w zimowy letarg. Pan Mieczysław z trudem przekręcił klucz w zlodowaciałym zamku od furtki ogrodu różanego na końcu ulicy Lipowej. Ogródek należał do pani Bożeny Sroczyńskiej, bardzo miłej, białowłosej staruszki od lat mieszkającej samotnie w małym ceglanym domku z wiecznie skrzypiącymi okiennicami. Jej pasją było (prócz wyszywania koronkowych serwetek) pielęgnowanie gąszczu krzewów dzikich róż otaczających miniaturowy budynek.

Pan Mieczysław ospale grzebał w kieszeni w poszukiwaniu nożyc do przycinania gałęzi. Jak w każdy wtorkowy poranek przyszedł „doprowadzić do ładu te chaszcze” – jak zwykł mawiać gdy ktoś pytał go o pracę. -Tak, ogrodnik na 1/7 etatu. – dodawał z przekąsem. Przychodził tam od czasu, gdy pani Bożenka z racji podeszłego wieku przestała sobie radzić z rozrastającym się roślinnym gąszczem. Mimo wszystko lubił pracować w ogrodzie starszej pani, nawet, gdy stare, pordzewiałe nożyce odmawiały mu posłuszeństwa. Kiedy w końcu znalazł narzędzia w głębokiej kieszeni mocno połatanych ogrodniczek, z teatralnym westchnieniem zabrał się do pracy. Wcale nie miał ochoty by, by ktoś domyślił się, iż sprawia mu ona jakąkolwiek przyjemność. Spokojnie docinał ogromny krzew róży, nucąc pod nosem refren „Czerwonych korali”, gdy coś przekuło jego uwagę. Spojrzał w stronę pobliskiej gałązki, a jego okazale, przyprószone siwizną wąsy uniosły się w grymasie obrzydzenia. Nakłute na ostre, różane kolce wisiały rozczłonkowane ciałka myszy oraz innych malutkich gryzoni. Po chwili zauważył też inne krwiste kawałki spowite w oszronione piórka, które sugerowały, że były kiedyś ptasimi pisklętami. Stał przez moment na wpół zaciekawiony na wpół zdegustowany. W końcu jednak niesmak wziął górę i pan Mieczysław zdecydowanym ruchem ściągnął makabryczne znalezisko z gałęzi. Z pomocą grubej, skórzanej rękawicy, rzucił szczątki na ziemię i szybko zasypał garścią ziemi. Dopiero wtedy zaczął się zastanawiać nad pochodzeniem tych dziwnych obrzydliwości.

- Może to jakiś głupi kawał albo pozostałości z wystroju na Haloween. - mruknął do siebie ogrodnik i zaśmiał się z własnego żartu – Tak, czy owak dobrze, że usunąłem to paskudztwo, pani Bożenka dostała by zawału gdyby je zobaczyła. – pomyślał i przystanął nagle - Co by się wtedy stało z tym pięknym ogrodem?... Pogrążony we własnych myślach, powoli poczłapał po swoje nożyce, u!puszczone z wrażenia w zeschłą trawę.

- Masz ci los! Znowu nam się masło skończyło. – piskliwym głosikiem zawołała do swojego kota (albo do siebie) pani Bożena. – No cóż, będzie trzeba rozruszać stare kości. Idziesz ze mną do sklepu Mareczku? – pytanie skierowała w stronę szarego kocura, leniwie wygrzewającego się przy stuletnim piecu kaflowym. Kocur (nazwany Mareczkiem po zmarłym mężu swojej właścicielki) wyraził swoją dezaprobatę ociężałym machnięciem wyliniałego ogona.
- Jak sobie chcesz. Pójdę sama. –mruknęła urażona staruszka dzwoniąc ostentacyjnie pękiem ciężkich kluczy. Uchyliła przeraźliwie skrzypiące drzwi i podreptała przez ogród wybrukowaną alejką. Nagle stanęła z szeroko otwartymi oczami, a laska wypadła jej z ręki na oblodzone kamienie. Stała chwilę bez ruchu na środku ścieżki niczym betonowe krasnale z jej ogródka. Po chwili krzyknęła cienkim, zachrypniętym z zimna głosem. Dopadła drzwi z szybkością, jakiej nikt nie spodziewałby się po osobie w jej wieku. Zatrzasnęła je za sobą z hukiem, aż tynk posypał się ze starego sufitu. Chwyciła słuchawkę telefonu. Wykręciła wytarte cyfry 9,9,7 na terkoczącej tarczy, wciąż nerwowo spoglądając przez oszronione okna.
- Halo! Panie inspektorze? Jest pan tam?

- Sto razy pani mówiłem: Proszę mnie nie nazywać inspektorem droga Pani Bożenko. – zaczął zmęczonym głosem policjant – Co tym razem zmusza panią do zawracania mi głowy w taki piękny, czwartkowy poranek?
- Proszę mi tutaj nie robić wyrzutów panie inspektorze! – starsza dama zgromiła słuchawkę wzrokiem –Teraz to naprawdę poważna sprawa, tu może chodzić o moje życie!

-Słucham panią.... – ziewnął zrezygnowany funkcjonariusz
- No więc, w moim ogrodzie są myszy! – zabrzmiało śmiertelnie poważne stwierdzenie.
-Może się mylę, ale to chyba normalne w ogrodach. – w głosie policjanta dało się wyczuć nutę ironii. - Ale one są zupełnie martwe i w kawałkach! – nie dawała za wygraną pani Bożena – W dodatku to okropieństwo szpeci moje piękne różyczki! Niechże pan coś zrobi panie inspektorze! To może być sprawka jakiegoś psychopaty! – denerwowała się gestykulując energicznie z telefonem w ręce.

-Proszę się uspokoić. Już do pani jadę... -westchnął stróż prawa dopijając dawno wystygłą , lurowatą kawę. Wstał, przeciągnął się. Niedbałym ruchem zarzucił na ramiona ocieplaną kurtkę w (niegdyś modnym ) kolorze wymiocin. Chciał już wyjść, ale po chwili namysłu odwrócił się, zgarnął z biurka nieduży pistolet oraz paczkę gumy do żucia. Upchnął je do kieszeni opiętego (szczególnie na brzuchu) m! unduru.

Na ulicę Lipową wtoczył się nie najnowszy, granatowy mercedes z migającym „kogutem” na dachu. Stanął kaszląc kłębami czarnego dymu z rury wydechowej, a z jego wnętrza wysiadł policjant. Nie musiał naciskać dzwonka przy furtce, gdyż starsza pani już szła w jego stronę. Od razu zaprowadziła go na miejsce zbrodni w jej ogrodzie, zasypując przy okazji stertą pytań.
- Spokojnie, nie wszystko na raz! – przerwał po raz kolejny słowotok pani Bożeny, oglądając z obrzydzeniem znalezisko. Zwłoki dyndały rytmicznie na kolcach sczerniałych gałązek – To ja powinienem panią spytać, kto mógł to zrobić. – stwierdził ze spokojem w odpowiedzi na jej ostatnie pytanie.
-Ależ skąd ja mam to wiedzieć panie inspektorze? – panie Sroczyńska załamała ręce.
-To COŚ zauważyła pani dzisiaj rano, tak? – mruknął policjant skrobiąc się za uchem i nie czekając na odpowiedź dodał – Ale sprawca musiał popełnić czyn już wczoraj. Te zwłoki ... hmm... są mocno oszronione, taak. Czy nie zauważyła pani przypadkiem kogoś kręcącego się ostatnio w okolicy? - zwrócił się do pani Bożeny.
-Nie, nie, raczej nikogo takiego nie zauważyłam... - odparła wycierając nerwowo szkiełka okularów rąbkiem chustki.- No, nie licząc tych dzieciaków , bo wie pan, jak dzieci lubię, ale nie wtedy jak mi się bez pozwolenia po ogrodzie szwendają i łażą tam gdzie nie trzeba. Raz jeden łobuz to mi język pokazał, jak go stąd przegoniłam. Wyobraża pan sobie panie inspektorze?! Cóż to za niewychowane pociechy!
- Taak, z pewnością... - przytaknął bez przekonania „inspektor” – A często te dzieci pani tu widywała?
- Niezbyt panie inspektorze, ale pewnie wkradały się tutaj, kiedy wychodziłam z domu. Raz je na tym przyuważyłam!
- Acha. –mruknął tylko policjant, kreśląc coś zawzięcie w notesie – Czy nie domyśla się pani, kto mógłby mieć na celu tak okrutnie panią przestraszyć? Nie biorąc na razie pod uwagę tych dzieciaków, ani hipotetycznego sprawcy – szaleńca bez motywu. – dodał po chwili.
- Bo ja wiem, panie inspektorze... - odparła staruszka rozcierając zziębnięte dłonie – Nie znam tu wielu osób, nie licząc kilku sąsiadów. Ci, co ich znałam dawno już leżą na cmentarzu. – uśmiechnęła się kwaśno. – Z nikim się ostatnio nie widywałam, poza tym typem, co mnie tak nachodził.
-Ktoś panią niepokoił? – ożywił się stróż prawa – W jakiej sprawie?

-Przyszedł tu ze dwa razy taki jeden, bardzo niekulturalny człowiek, panie inspektorze. Burczał coś o kosztach życia. Naciągał żebym mu swoją ziemię sprzedała, że niby on tak przyrodę uwielbia. Niedoczekanie! Nigdy w życiu bym swojego ogrodu nie oddała, za rzednął cenę! A już na pewno nie takiemu arogantowi, co to bucika wypucowanego w kałużę nawet nie zamoczy! – denerwowała się pani Bożena.

- Rozumiem. Czy wie pani może jak nazywał się ten człowiek? Zna Pani jego numer telefonu lub coś w tym rodzaju?
- Chyba Kryniewicz... albo jakoś tak. Reszta wyleciała mi z głowy. Jak mu dałam do zrozumienia , że nie ma tu czego szukać to już się więcej nie pojawił. – westchnęła starsza pani podpierając się laską.

- Dobrze, bardzo dziękuję. Nie będę już pani męczyć pytaniami. – rzekł oficjalnym tonem, widząc wdzięczność w jej przygaszonych oczach. –Jeśli by pani przypomniała sobie o jakimś ważnym szczególe, proszę od razu mnie powiadomić.
- Och, ja również stokrotnie panu dziękuję panie inspektorze. Co ja bym bez pana zrobiła? – jej wysuszone usta uniosły się w słabym uśmiechu – Aaa... i jeszcze jedno. Byłby pan łaskaw usunąć te biedne zwierzątka z moich krzaczków? Będę dozgonnie wdzięczna. – dodała wzdrygając się. -!Oczywiście.. –westchnął policjant i poczłapał w stronę zarośli, starając się wyglądać profesjonalnie.

W domu państwa Kwiczołów rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
- Ja otworzę kochanie! – rzuciła pochylona nad czasopismem kulinarnym, pani Krystyna – może Marta już przyszła. Odłożyła gazetę i otworzyła drzwi, nie zaglądając nawet przez wizjer.
-Ooo... zdziwiła się – Witam panie Januszu. Co pana do nas sprowadza?
-Dzień dobry! Przepraszam, że państwa niepokoję tak niespodziewanie, ale pracuję właśnie nad poważną sprawą i mam kolka pytań. -powiedział policjant usilnie próbując zapiąć swój ciasnawy mundur – Można?
- Oczywiście. – odparła nieco zaskoczona pani Krystyna , gestem zapraszając go do środka. W spokojnej wiosce rzadko zdarzało się coś , czym musiała by się zająć policja.
Pan Janusz przycupnął na kanapie, witając się po drodze z nie mniej zdziwionym jego wizytą mężem panie Krystyny. Pomijając niektóre szczegóły, w kilku słowach przedstawił im zarys sytuacji. Zapytał o parę faktów związanych z panią Sroczyńską, po czym stwierdził:

- Tak, zgadza się. Czy przypadkiem nie widzieli państwo czegoś podejrzanego, niecodziennego, co zwróciło państwa uwagę?

– Wie pan, rzadko dzieje się tu coś dziwnego. Raczej byśmy zauważyli... -odparła niepewnie pani Krystyna
- Skarbie, nie pamiętasz tego człowieka, co się wczoraj kręcił po nocy? Ten to dopiero był dziwny. – wtrąciła jej mąż Wiesław.
-Ach , więc ktoś się tu szwendał! Gdzie dokładnie go państwo widzieli? O której godzinie?
- Jakoś tak koło jedenastej, zupełnie ciemno już było. Właśnie w ogrodzie tej starszej pani go widzieliśmy, o, stamtąd! - pan Wiesław wskazał okno w salonie – Telewizję oglądaliśmy akurat, „Dracula” leciał w Jedynce. – uśmiechnął się i kontynuował – Przez okno wyjrzałem i zobaczyłem tego typa, tzn. postać, nie widziałem dokładnie, bo ciemno było na dworze. Ale to raczej facet, kobieta by się chyba nie zapuszczała nocą do cudzego ogródka. – zaśmiał się znowu obejmując żonę.
-Hmm... - policjant przejechał dłonią po twarzy – Nie zauważyli państwo żadnych znaków szczególnych tej osoby?
- Jak już mój mąż wspomniał, było po zmroku, zobaczyliśmy jedynie jej zarys. Mogę tylko powiedzieć, że miała coś zwiniętego na ramieniu, może jakiś sznur... Niczego więcej nie dostrzegłam. – zakończyła p!ani Krystyna wzruszając ramionami.

Pan Janusz garbił się przy biurku, ślęcząc nad swoim pogryzmolonym notesem. Po chwili z rezygnacją pokręcił głową i włożył do ust miętową gumę.
-Nic tu się nie zgadza. – mruknął do siebie marszcząc krzaczaste brwi – Tyle zachodu i zero efektów. Martwy punkt. Może to jednak jakiś szaleniec? Ale skąd by się wziął w Mieczewie? - rozważał w myślach mimowolnie skrobiąc się za uchem – Ten... jak mu tam... Kryniewicz ma to swoje alibi, psiakość! Norwegia, też mi coś! Kto by chciał tam jechać? Co prawda można by je od biedy podważyć ale facet jest sprytny , w dodatku to jakaś gruba ryba... Dzieciaki z okolicy od wtorku na wycieczce... Chyba, że to jakieś nie tutejsze, ale wątpię. Zostaje jeszcze ten nocny typ z liną pod pachą ale kto by to mógł być? Kwiczołowie widzieli go z daleka, w dodatku po zmroku, nic więcej mi już pewnie nie powiedzą... Ech, do kitu taka praca! Tak to się nic nie dzieje, a jak raz coś się zdarzy, to za Chiny nie można tego rozwiązać! – zdenerwował się , coraz szybciej żując gumę. Wreszcie wypluł ją do śmietnika i podparł brodę pięścią przygryzając dolną wargę.

- Będzie trzeba jeszcze raz wszystkich wysłuchać... - na samą myśl wsunął się jeszcze głębiej pod biurko – No trudno, taka robota. Za rozwikłanie tej zagadki mógłbym dostać awans. – uśmiechnął się do siebie. Spojrzał przez okno na swojego poobijanego mercedesa zaparkowanego na poboczu i w!estchną po raz kolejny. Wyciągnął z kieszeni komórkę i wybrał domowy numer pani Sroczyńskiej.

-Drodzy mieszkańcy! Na początku chciałbym przeprosić wszystkich obecnych za tak nagłe wezwanie. Jednak mamy do rozwiązania bardzo poważną sprawę, być może w Mieczewie grasuje szaleniec! Wierzę, że z państwa pomocą uda nam się rozwikłać tę mroczną tajemnicę. Policjant odchrząknął i rozejrzał się po zebranych w ogrodzie pani Bożeny, sąsiadach. Za jej zgodą urządził tam małe spotkanie, na które mieli stawić się: państwo Kwiczołowie, pan Tomasz- nieśmiały, ale zawsze pogodny kawaler w średnim wieku, państwo Maweccy – młode małżeństwo z naprzeciwka, pan Mieczysław – sezonowy ogrodnik i oczywiście pani Sroczyńska.
Być może nie powinno się przemawiać tak oficjalnym tonem do grupki zaledwie kilku, dobrze znanych osób. Jednak pan Janusz zbyt dobrze czuł się w roli „Obrońcy Miasta”, aby to zauważyć. Nie wtajemniczonym objaśnił w paru zwięzłych zdaniach, co wydarzyło się w ogrodzie pani Bożeny, poczym zaznaczył:
-Jeśli ktoś wie lub domyśla się , kto może zastraszać panią Bożenę, proszę od razu podzielić się swoimi przypuszczeniami – zaplutł ręce gestem profesjonalisty i ponownie spojrzał na słuchaczy. Część zabranych zgadzała się z teorią przyjezdnego szaleńca, inni milczeli nie mając innych pomysłów. Wreszcie odezwał się pan Mieczysław:
- Panie władzo, ja te szczątki już wcześniej widziałem , jak przyszedłem krzaki przycinać. Tylko, że je od razu usunąłem i nic pani Bożence nie mówiłem, żeby się nie przestraszyła, czy coś...
-Hmmm... Czyli sprawca musiał się tutaj pojawiać już wcześniej. Panie Mieciu, czy był Pan później w tym ogrodzie, a konkretnie pod wieczór w środę?
- Nie panie władzo, po co miałbym się tu kręcić o tej porze? Mieszkam na drugim końcu Mieczewa, przychodzę do pani Bożenki tylko we wtorki rano. – odparł przygładzając okazałe wąsy.
- No dobrze, a więc... - zaczął znów policjant lekko zbity z tropu.
- Przepraszam panie Januszu... - przerwał mu nie pewnie pan Tomasz – wydaje mi się ,że to o mnie chodzi... - oczy wszystkich zwróciły się na niego. Zaczął grzebać w ziemi czubkiem buta – To ja byłem wtedy w ogrodzie pani Bożeny. Ja tylko pomyślałem, że będzie jej miło , gdy zrobię jej niespodziankę. Chciałem po kryjomu przyozdobić parę tych krzaczków, które tak lubi. W końcu idą Święta...- spojrzenia wszystkich par szeroko otwartych oczu utkwiły w panu Tomaszu - ...a tu zawsze tak ponuro i ciemno. Tylko, że wziąłem za krótki kabel z lampkami choinkowymi i musiałem się wrócić do domu, a

drugi raz nie odważyłem się tu przyjść nocą. Nie wyszło , ale miałem dobre chęci. Przecież jesteśmy sąsiadami, prawda? – uśmiechnął się do starszej pani, w jej oczach zaszkliły się łzy wzruszenia, a wszyscy odetchnęli z ulgą.
-Well, jedną zagadkę mamy wyjaśnioną . – powiedział pan Janusz opierając ręce na biodrach i przejmując ton charakterystyczny dla szeryfów ze starych westernów.

-Ale przecież nadal nie wiemy, kto popełnił ten okropny czyn! – wtrąciła piskliwym głosem Pani Bożena, rozpraszając aurę doskonałości stróża prawa. Nikt się nie odezwał, bo nikt już nie miał pomysłów. Mieszkańcy w zamyśleniu wpatrywali w siniejące burzowe obłoki zastygłe na niebie. Gdzieś w oddali zaćwierkał ptak. Ostatni Ciepły podmuch minionej jesieni musnął ich twarze, przerywając na chwilę lodowaty wiatr. Drzewa skrzypiały od mrozu, a ludzie przytupywali z zimna. Jakiś szarawy ptaszek usiadł na krzaku dzikiej róży, obserwując uważnie nieznajomych. Starsza pani uśmiechnęła się na jego widok, poznała go. Już od jakiegoś czasu przylatywał do jej ogrodu. Był bardzo ładny; nie za duży, nie za mały, o jasnoszarych piórkach. Miał charakterystyczny, poziomy, czarny pasek na oczkach, który przypominał maskę złodziejaszka. Ptak na chwilę odleciał by za moment powrócić i usiąść na niższej gałązce. W dziobku trzymał coś małego, brązowego... Chwilę krzątał się na różanej gałązce, po czym odleciał z pustym dziobkiem. Pani Bożena zaciekawiona podeszła bliżej i nagle wydała z siebie nieartykułowany dźwięk. Wszyscy podskoczyli przerażeni krzykiem i zgromadzili się wokół kolczastego krzewu.

Na jednym z kolców uschniętej gałązki wisiała nadziana martwa mysz.

Pani Bożena wyszywała fragment koronkowej serwetki siedząc w swoim ulubionym fotelu. Za oknem ćwierkał srokosz – ptaszek w masce. Mimowolnie się uśmiechnęła. Kocur Mareczek wylegiwał się spokojnie przy piecu kaflowym zupełnie nie przejmując się otoczeniem. Wygląda na to, że przespał cały kryminał w Mieczewie.