Osada

W tym miejscu niewiele się działo. Każdy wiedział wiele o innych, mniej o sobie. Całością zarządzał sołtys dla którego jak to mawiał wszystko jest ważne. Organizował zebrania, pikiety byleby tylko zyskać kolejne głosy na następne wybory a te były bardzo blisko. Chodził więc od chałupy do chałupy, zasiadając często przy suto zastawionym stole, w tle skwierczało drewno z kominka , tańcząc iskrami jedna przed drugą, roztaczając swoiste ciepło. Społeczność łaknęła każdej obietnicy, wierząc, że to właściwy człowiek na odpowiednim miejscu.

 

Po zakrapianym kolejnym spotkaniu sołtys opuścił domostwo. Droga zdawała się nie mieć końca. Wyciągnął z kieszeni papierosa a świst odpalanej zapałki wywołał u niego lekkie drżenie. Skierował wzrok na lewo, na skarpę na której zimą dzieciaki przy odpowiedniej ilości śniegu zjeżdżają na sankach a latem okupują ją do późnych godzin biesiadując przy fajce i tanim alkoholu. Byleby w głowie zaszumiało. W końcu liczy się tylko zabawa. Dziś tam jednak było cicho.

Podszedł bliżej coś zaczęło się poruszać. Przybrudzonym wysłużonym butem szturchnął zawartość. Wydobywający się jęk przeraził go. Rozdarł worek który leżał przed nim. Jedyne co zobaczył to oczy które spoglądały w jego stronę. Zimne i tak odległe. Stoczył worek parę metrów dalej i chwiejnym krokiem ruszył w stronę domu.

Poranna rosa zaczęła pokrywać trawę. Każdy kłos jakby z osobna zabiegał aby chociażby musnąć tej przyjemności. Powoli wstawał kolejny dzień. Przy niedużym sklepie spożywczym zaczęli gromadzić się ludzie. Kobiety jedna przez drugą przekrzykiwały się w nowinkach z życia innych. Kiedy drzwi się otworzyły szturmem wdarły się do środka, wyrywając sobie koszyk.

Około południa sołtys przeciągnął się na łóżku, przetarł oczy i skierował się do kuchni. Z lodówki wyciągnął butelkę maślanki i jednym haustem wypił jej zawartość. Dłonią przetarł usta , spojrzał na komórkę cisza żadnych informacji. Mocne łomotanie do drzwi postawiło go do pionu. Odburknął „ wejść” dając tym samym przyzwolenie. To był Edzio miejscowy rolnik. Wiedział zawsze wszystko jako pierwszy. Sołtys słuchając historii o porzuconym worku zaczął zdawać sobie sprawę, że wczorajszy wieczór to nie było urojenie albo sen. Nie chciał robić zamętu, obiecał zawiadomić odpowiednie władze zaznaczając aby ta rozmowa nie wyszła poza ten dom. Zatrzasnął drzwi i zaklnął pod nosem. Włożył ręce do kieszeni od spodni poczuł coś szorstkiego, delikatnie potarł palce a kiedy przyjrzał się bliżej stwierdził, że są to ślady krwi. Zaprał jak najszybciej.

Zszedł do piwnicy i schował je do skrytki w podłodze. Zajrzał jeszcze do walizki w której znajdowały się lateksowe rękawiczki i nóż składany. Zamknął to szybko i wyszedł.

Przy niewielkim ryneczku zebrał się już spory tłum. Dźwięk koguta policyjnego postawił ich jednak do pionu. Na pobliskiej ławce leżała kobieta. Rzucając spojrzenie można by stwierdzić, że ma zaledwie dwadzieścia kilka lat. Włosy związane w duży kok owinięty apaszką coś na wzór satyny, rajstopy w duże wzory i czerwone usta które wzbudzały największe poruszenie. Policjant szturchnął ją ręką i kazał wstać. Odczytał jej prawa i zaprowadził do wozu. Z drżeniem rąk wyciągała dokumenty z podręcznej torebki. Na podłogę wypadło kilka prezerwatyw. Z uśmiechem, pokazując tym samym swoje równe zęby niczym dobrze przycięta kartka papieru, wrzuciła je na swoje miejsce. W Mieczewie zadrżało. Wszyscy już o tym mówili. O wstydzie, o występkach tej pani. I tej co zakończyła już swój los bo prowadziła się w tak haniebny sposób. Wydali wyrok, powiesili na szubienicy i rozeszli się do swoich domów.

Kolejnej nocy zginęła następna kobieta. Miała odcięty palec prawej ręki na którym widniała obrączka. Znaleziono ją jak wychodziła z baru którego neon świecił się do późnych godzin a pobliscy ludzie chodzili tam zapijać problemy przy kolejnej szklance wódki. Nikt jej wcześniej nie widział, z nikim nie rozmawiała ot paniusia co to weszła się zabawić, szukając przyjemności. Mężczyźni jakby od razu wytrzeźwieli i skierowali się do swoich domów.

Inspektor Dąbrowski podszedł do automatu na korytarzu policyjnego budynku i czekał jak papierowy kubek z zawartością która pozwoli mu popracować jeszcze trochę tej nocy wydostanie się na zewnątrz. Czarna i mocna. Usiadł przy biurku i przeglądał dokumentację. Jedyny wspólny punkt to kobiety. Dwa morderstwa i one w tle. Jaki czynnik wspólny? Jaki motyw? Przesunął palce po swojej bujnej czuprynie, przeciągnął się na krześle i zaczął składać fakty a ich było najmniej. Nikt nic nie widział, te kobiety same sobie winne bo źle się prowadziły zamiast siedzieć w domu przyjmując role żon. Bo tak trzeba, wypada, bo co inni powiedzą? Taki wstyd.

Promienie słońca wdzierały się przez zabrudzone okno, dobijając się do środka. Dąbrowski przetarł oczy. Spędził tu kolejną noc. Faktów jak na ten moment niewiele. Zjadł kanapkę którą wczoraj sobie uszykował i udał się do samochodu. Postanowił popytać mieszkańców. Może komuś jednak wydało się coś dziwnego, innego. Odbijał się tylko od drzwi. Jedno co zwróciło jego uwagę to podwiązka która za każdym razem zakładana była na nogę ofiary i zawsze niebieska. Przypominała błękit na bezkresnym niebie.

Dąbrowski dojechał do polany. Roztaczała swoje piękno, pomimo zaawansowanej już jesieni. Konary odarte z liści niczym dłonie pozbawione rękawiczek. Gdzieś pomiędzy nimi przebijały się delikatnie promienie słońca jakby chciały też popatrzeć. Stanął na niewielkim pagórku i wzrokiem objął całą roztaczającą się przestrzeń. Wciągnął powietrze na dłuższą chwilę a myśli przeganiały się jedna po drugiej. Skojarzył pierwszą rozmowę z kobietą która zeznawała w bardzo ordynarny sposób pod adresem denatek. Wybierała się akurat do sklepu i kiedy skończył przesłuchanie odchodząc od niego lekko zadarła się jej spódnica. Już teraz wie co zobaczył pod nią. Wrócił na komisariat po nakaz stawiając wszystko na szali. Dochodziło popołudnie kiedy wrócił do Mieczewa. Poprawił klapy od marynarki i zapukał do drzwi. Trzymając w ręce nakaz zatrzymania wszedł do środka. Kobieta krzątała się po niewielkiej kuchni. Kaflowy piec rozgrzany do czerwoności roztaczał ciepło w pomieszczeniu. Kazał potwierdzić dane osobowe i zakuł w kajdanki. Koło domu zaczęli schodzić się już ludzie. Potrzeba chwili żeby już wszystko wiedzieli. Jedni rzucali wyzwiska, niektóre kobiety płakały a inne kręciły głową z niedowierzaniem. Sołtys stanął przy drzwiach i łapał się za głowę. To niemożliwe jego żona morderczynią. Wsiadła do samochodu a wzrok skierowała na podłogę. Jaki motyw? Po prostu to były złe kobiety, a takie nie mają prawa żyć w społeczeństwie. Wszystko co jest chwastem trzeba zwalczać. My musimy się szanować i znać swoje miejsce a nie sprzedawać to co winno być najcenniejsze.

Jeszcze przez długie godziny i wiele dni mówiło się tylko o tej sprawie. Kiedy wiatr przywieje akurat na tą część Mieczewa w oddali słychać krzyk. Jedni mówią, że wtedy gdy ginęły jakby oddawały ostatnie tchnienie inni natomiast, że ciągle gdzieś tu są po aby odstraszać przed następną tragedią. I taki podmuch unoszący się w tle jeszcze na długi czas pozostawiał wątpliwość wśród mieszkańców Mieczewa.