Trzepot skrzydeł ćmy

Dziwak. Tak go nazwaliśmy, jak tylko pojawił się we wsi. Swoją drogą, nigdy nie przypuszczałbym, że taki sławny pisarz wybierze na swoje, jak mu się wtedy wydawało, miejsce na ziemi, właśnie Mieczewo. Spośród wszystkich małych podpoznańskich miejscowości agencja nieruchomości wybrała dla niego osadę Mieczewo. Było to dla nas, aborygenów, równie nobilitujące, co dziwne. A nawet ekscentryczne, ale który artysta nie jest na swój sposób ekscentryczny? Zadawałem sobie tylko ze znajomymi pytanie, czego on tutaj mógł szukać wśród tych lasów i mokradeł? Natchnienia? Podejrzewaliśmy nawet, że chce się tu ukryć przed czymś, albo przed kimś... Może przed żoną i gromadą bachorów? Albo przed paparazzi, którzy w wielkim mieście czyhają na niego nawet wtedy, gdy idzie do miejskiego szaletu, albo gdy po prostu kupuje w kiosku gazetę i papierosy? Zresztą, nawet jeśli, to dziwak. Szaleniec. A może właśnie nie?

 

Podsumowując, widocznie nie zarobił jednak do tej pory zbyt dużo pieniędzy, skoro kupił tę ruderę przy starym cmentarzu. Musiała być strasznie tania. Wymagała zresztą generalnego remontu, bo do niedawna służyła miejscowym pijaczkom jako melina. Z powybijanymi oknami, wyłamanym zamkiem w drzwiach wejściowych, w dodatku tak spróchniałych, że to cud, że jeszcze trzymały się na zawiasach. A w środku? Stare, zbutwiałe tapczany z rozprutą tapicerką, myszy i ich odchody na parapetach, wszędzie pełno butelek po wódce i słoików po ogórkach konserwowych, zeschnięte kawałki kiełbasy, puszki po piwie, pety, a pod sufitem pełno pajęczyn... No ale kupił ten dom. Z widokiem na stary poniemiecki cmentarz ze sterczącymi z ziemi resztkami nagrobków, w połowie przykrytych jesienią liśćmi, zimą śniegiem, wiosną świeżą trawą, a latem chwastami..

Wynajął ekipę miejscowych budowlańców, którzy od razu wzięli się do roboty i w nieco ponad miesiąc odnowili chałupę. Z tamtej starej pisarz kazał zostawić tylko lampę naftową, bo lubił siedzieć wieczorami na werandzie. W takie wieczory lampa długo się paliła, a z werandy dochodził charakterystyczny stukot klawiatury maszyny do pisania pamiętającej chyba jeszcze czasy Gierka, przeplatający się z kumkaniem żab z pobliskiego stawu i cykaniem świerszczy. Pisarz robił czasem przerwę na papierosa. Popijał wtedy zimną już kawę, mocną i gorzką, opierał się o belkę podtrzymującą dach altanki i patrzył na ćmę

uwięzioną w szkle lampy. Można było wtedy pomyśleć, widząc to z własnego ogrodu, że w tym momencie trzepot jej skrzydeł to najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszały jego uszy . W ogóle widać było, że lubi tak się zamyślić nad sprawami i zjawiskami przyrody, obok których inni przechodzą bezwiednie i obojętnie. Czasem długo chodził po lesie, wsłuchiwał się w odgłosy mozolnej pracy dzięcioła, siedział oparty o pień brzozy i myślał... O czym? O kim? Tego nigdy się nie dowiedzieliśmy.

Któregoś dnia przyjechał do niego jakiś smętny redaktorzyna czasopisma literackiego, wiecie, takiego, które czyta około 2 osób w naszym kraju. Podobno postanowił poprosić naszego pisarza o wywiad – rzekę. I od tego momentu widywaliśmy ich obydwu wieczorami na werandzie, rozmawiających, pijących kawę, palących papierosy i przyglądających się ćmie w lampie naftowej. Tyle że gryzipiórek nie fascynował się aż tak trzepotem jej skrzydeł, jak jego gospodarz, ale coraz częściej zerkał na maszynę do pisania „made in ZSRR”. Skupiał na niej więcej uwagi, niż na pisarzu i swoich notatkach.

W międzyczasie pisarz poprosił mnie o zagospodarowanie swojego ogrodu sąsiadującego z cmentarzem. Chciał go urządzić w stylu angielskim, ale przede wszystkim odgrodzić się od drogi i muru cmentarza. Byłem jedynym architektem przestrzeni w okolicy i z chęcią podjąłem się realizacji tego projektu, bo to był pierwszy sąsiad, który zlecił mi profesjonalny projekt. Od tej pory spędzałem prawie całe dnie na posesji pisarza. Widziałem więc, jak mija mu dzień w towarzystwie jego gościa. Dziennikarz nie śpieszył się widać z wywiadem, bo zdarzało się, ze całe popołudnie przebywał w bibliotece swojego gospodarza, opisując i analizując jego księgozbiór, obrazy na ścianach, bibeloty, a przede wszystkim ową maszynę do pisania...Zaciekawiła mnie ta dbałość o szczegóły dotyczące gustu pisarza. Gdy ten kładł się spać, w jego gabinecie długo paliło się jeszcze światło, a cień rzucany przez szybę ukazywał sylwetkę jego gościa pochylonego przy biurku.

Któregoś dnia postanowiłem przyjść do pracy wcześniej, żeby popołudniu zdążyć jeszcze do hurtowni po sadzonki, więc jak co rano zapukałem do drzwi pisarza. Nie otwierał. Odruchowo nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka, bo poprzedniego dnia nie wspominał, że się gdzieś wybiera. W środku nie było nikogo, więc pomyślałem, że może dwaj literaci wyjechali razem do wydawnictwa do Poznania. Poszedłem tam jeszcze wieczorem po powrocie z hurtowni, ale oprócz ćmy w zimnej lampie naftowej nie było nikogo. Minęło parę dni, ale ani pisarz, ani jego gość nie wrócili. Uznałem, że skoro mam

klucze, to dokończę moje zlecenie, a potem poczekam na powrót mojego inwestora, bo komórka nie odpowiadała.

Okazało się, że nasz dziwak wrócił dopiero po tygodniu na swoje włości, bo tego wieczoru lampa na werandzie była zapalona. Zastukałem więc do drzwi, żeby dowiedzieć się, czemu nie uprzedził mnie o swoim wyjeździe i oczekiwałem dalszych dyspozycji. Pisarz otworzył mi po dłuższej chwili w szlafroku. Przepraszał, że musiałem czekać, ale bierze prysznic. Powiedziałem, ze nic się nie stało, ale martwiłem się, że coś się stało, skoro tak nagle wyjechał z domu. Powiedział, że musiał zaopiekować się swoją mamą, która ma kłopoty z sercem i tamtej nocy wyjechał do niej do szpitala. Jednocześnie bardzo się dziwił, bo redaktor, który u niego gościł miał pozostać w jego domu do czasu powrotu pisarza i pracować nad wywiadem, a nie ma ani jego, ani jego rzeczy. Poinformowałem go , że redaktor musiał opuścić jego dom jeszcze tej samej nocy, bo rano nie zastałem w domu nikogo. Bardzo go to zastanowiło. Zaprosił mnie na kawę do gabinetu, żeby omówić ze spokojem postęp prac ogrodowych i gdy usiedliśmy przy biurku zorientował się, że brakuje na nim maszyny do pisania. Zdenerwował się, ale za chwilę coś go chyba oświeciło, bo zaczął chichotać wyraźnie się rozluźniając. Domyślił się bowiem, że to jego biograf ją mu ukradł i pośpiesznie wyjechał. Zapytałem, po co byłaby mu taka stara maszyna, używana już tylko przez nostalgicznych koneserów tego typu sprzętu. Pisarz wyjaśnił mi, że widocznie redaktorzyna podawał się tylko za dziennikarza i chciał tylko zdobyć jego zaufanie, a potem ją wykraść, bo pisarz w każdej swojej książce snuł wątek maszyny do pisania, w której ukryty był woreczek z diamentami. Gość naszego pisarza musiał się jednak bardzo zdziwić, że dokonał kradzieży bezsensownej, bo rzeczywistość nie pokrywała się z fabułą. Spytałem pisarza, czy zgłosi więc to, co się stało do organów ścigania, ale ten pokiwał tylko odmownie głową i zapalił papierosa. Ciekawość mnie zżerała, więc po kilku dniach postanowiłem go zapytać, dlaczego podszedł tak humorystycznie do utraty, bądź co bądź, jednak swojej ukochanej maszyny do pisania. Odparł ,że ma ona dla niego wartość jedynie sentymentalną. Spytałem wówczas, czy jeśli to nie tajemnica, trzyma w ogóle w domu coś tak cennego, jak ów woreczek z diamentami, bo może lepiej nie narażać się na tego typu oszustów, którzy biorą fikcję literacką za oświadczenie majątkowe autora. Popatrzył na mnie i powiedział, że bardzo mnie polubił i jeśli chcę się tego dowiedzieć, mam wpaść wieczorem na lampkę wina na werandę. Zgodziłem się, bo również mieszkałem sam i była to szansa na spędzenie wieczoru w towarzystwie intelektualisty, a nie pilota do telewizora. Pisarz od progu poprowadził mnie z fajką w dłoni na werandę. Ciszę i spokój zakłócał jedynie

trzepot skrzydeł uwięzionej w lampie naftowej ćmy. Pisarz nalał mi wina do kieliszka, uzupełnił własny i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Milczeliśmy tak chwilę i wpatrywaliśmy się w światło lampy, słuchając świerszczy i żab dających swój codzienny koncert w szuwarach. Po kilku minutach pisarz powiedział, że tamten redaktor musiał być wyjątkowo mało inteligentny, bo obserwował go nieustannie, śledził wszystkie powieści myśląc, że jego gospodarz przechowuje kosztowności w maszynie do pisania, a siedząc z nim co wieczór na tej werandzie, niczego się nie domyślił. Chciałem zapytać , czego takiego, ale w tym momencie pisarz spojrzał z rozbawieniem na lampę. Powiedział, że lubi tak patrzeć na tą ćmę, bo trzepot jej skrzydeł działa na jego zmysły jak balsam i nie uwolnił jej do tej pory, bo to jego ulubiona towarzyszka na werandzie. Spytał, czy domyślam się wszystkiego, a ja na to, że nie jestem pewny. Powiedział, żebym wobec tego podniósł lampę ze stołu. Uczyniłem to bardzo ostrożnie ze względu na ćmę. Pod lampą leżał maleńki klucz. Spojrzałem na pisarza, a on skinął głową i powiedział, że to klucz do sejfu. Nie wytrzymałem już z ciekawości i zachwycony jego pomysłowością spytałem, gdzie wobec tego jest sejf. „Jak to, gdzie? W banku.” – odparł pisarz. Tego wieczoru już nic mnie nie dziwiło. Siedziałem długo z moim zleceniodawcą na tarasie. Nie wiem, jak długo. Pamiętam tylko ten delikatny trzepot uwięzionej w lampie ćmy...