I miejsce

Dłoń Protazego

Biegła ile sił w nogach. Za pół godziny zamykają park, do tego czasu musi go znaleźć. Niewdzięczny łajdak. Nawet nie wiedział, jak trudno było znaleźć dla nich nocleg, ile musiała prosić i przekonywać. W końcu się udało, a on robi jej takie numery! Czy chociaż raz nie mógłby się powstrzymać, być spokojny? Ale nie, zawsze był szalony i pokazywał to na wszelkie możliwe sposoby.

A ona była po prostu wykończona podróżą, chciała odpocząć. Musiała jednak wykrzesać z siebie siły, aby go znaleźć. Nie miała pojęcia, jak wszedł do parku przez nikogo niezauważony. Bo że nikt go nie widział, to pewne. W przeciwnym razie ktoś już dawno zacząłby krzyczeć.

Pomiędzy drzewami na wielkim dziedzińcu ujrzała szybko przemieszczający się cień. To musiał być on. Pobiegła w tamtym kierunku, ale po nim nie było już śladu. Zaklęła w myślach. Musiała opuścić ogród, wróci tu rano. Pozostawało jej tylko mieć nadzieję, że jemu nie przyjdzie do głowy nic głupiego i że tej nocy nic złego się nie wydarzy.

***

            Pani Maria lubiła spacerować po rogalińskim ogrodzie. Zawsze, jak tylko miała chwilę, podjeżdżała tu na rowerze. Dzięki temu ćwiczyła ciało, ale też robiła coś dla duszy, bo chociaż znała i pałac, i ogród na wylot, to zawsze zachwycały i onieśmielały ją w równym stopniu. Nikomu się do tego nie przyznawała, ale lubiła tak chodzić i wyobrażać sobie, że jest właścicielką pałacu i przechadza się w długiej XIX-wiecznej sukni po swoich włościach. Spośród całego kompleksu najbardziej lubiła ogród francuski, znała każdy jego zakamarek. Dlatego też jej uwadze nie mogła umknąć smukła, jakby kobieca, odcięta tuż powyżej nadgarstka dłoń leżąca pod jedną z rzeźb. Starsza pani stała co prawda w pewnej odległości, bo bała się podejść bliżej, ale wzrok na pewno nie płatał jej figli. Może i miała swoje lata, była przygłucha, ale wzrok miała idealny, jak za młodu. Dla pani Mari była to najgorsza chwila w jej 70-letnim życiu. Nigdy nie widziała ludzkiej dłoni pozbawionej reszty ciała swojego właściciela. Pomyślała, że skoro tuż obok leży dłoń, to w innych miejscach mogą znajdować się pozostałe części ciała. Ta myśl była tak przerażająca i niewyobrażalna, że pani Maria nie była w stanie dłużej trzymać nerwów na wodzy i zaczęła krzyczeć. Jej krzyk przyciągnął turystów: młode małżeństwo, grupkę młodzieży i starszego pana spacerującego z wnuczką. Wszyscy otoczyli panią Marię, próbując dowiedzieć się, o co chodzi i w końcu też zauważyli dłoń. Jakiś chłopiec wyjął telefon, żeby zrobić zdjęcia. Dziadek zakrył wnuczce oczy, aby nie narażać jej na te okropne widoki. Świeżo upieczony małżonek, fan serialu CSI, rozkazał tłumowi nie zbliżać się do dłoni i nie zadeptywać potencjalnego miejsca zbrodni. Milczeniem zbył uwagę swojej żony, że to nie może być miejsce zbrodni, choćby z powodu braku reszty ciała. No bo przecież dłoń ot tak sobie nie spacerowała alejką i nie została znienacka pozbawiona życia. Tak czy inaczej nikt nie podchodził do znaleziska, wszyscy przestrzegali magicznego dystansu kilkunastu metrów, a wśród zgromadzonym rozgorzała dyskusja na temat prawdopodobnej wersji zdarzeń. Nikt już nie patrzył w stronę dłoni, wszyscy przekrzykiwali się snując mniej lub bardziej niewiarygodne historie. Pani Maria dodatkowo zastanawiała się, dlaczego ktoś podrzucił dłoń akurat tu, w jej ulubionym ogrodzie. Czy doprawdy nie mógł gdzie indziej? Z kolei mała Antosia próbowała oswobodzić się z coraz mocniejszego uścisku dziadka. Też chciała popatrzeć na to niezwykłe znalezisko, które podekscytowało nawet jej statecznego i opanowanego niemal w każdej sytuacji opiekuna. W końcu ktoś roztropnie rzucił pomysł, aby zawiadomić policję, ale było już za późno. Dłoń zniknęła. Gdyby nie utrwalenie jej wizerunku na zdjęciach młodego fotografa - pasjonaty, wszyscy pomyśleliby, że padli ofiarami zbiorowej fatamorgany.

            Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, myśleli, że zgłoszenie jest żartem. Młodzi mają głupie pomysły, a starszym coś się pomieszało. Zdjęcia w telefonie też nie stanowiły dowodu. Tyle się teraz mówi o Photoshopie i tym podobnych wynalazkach. Jednak coś w zeznaniach tych ludzi było przekonujące. Najpewniej strach. Wszyscy albo byli przerażeni, albo przerażonych doskonale udawali. Komisarz Tasińska i aspirant Głowacki uznali, że albo złodziej dłoni musi być wśród zgromadzonych, albo ktoś zakradł się pod rzeźbę i ją po prostu ukradł. Wszyscy zgodnie potwierdzili, że nikt z obecnych nie oddalał się od miejsca, w którym aktualnie przebywali. Nikt też nie widział, ani nie słyszał innej osoby, która mogłaby zakraść się i zabrać dłoń. Z drugiej jednak strony wszyscy byli tak zaaferowani dyskusją, jaka między nimi rozgorzała, że prawdopodobnie nie zauważyliby nawet pułku wojska przechodzącego sąsiednią alejką. W każdym bądź razie nie zauważyli dwójki policjantów i na ich powitanie wydali przerażone okrzyki. Wokół nie było zbyt wielu miejsc, gdzie można by ukryć rękę, dlatego też ich przeszukanie nie zajęło wiele czasu. Na wszelki wypadek sprowadzono psa tropiącego. Wydawało się, że coś znalazł, jednak w pewnej chwili zaczął obszczekiwać okoliczne krzaki, najpierw z jednej, potem z drugiej strony. Policjanci nie znaleźli w nich ani zaginionej dłoni, ani innej części ciała. Przeszukanie obecnych również nic nie dało. Komisarz Tasińska znów podchwyciła myśl o głupim żarcie, ale kiedy spojrzała na twarze ludzi, zrozumiała, że ich strach nie jest udawany. Nie wiedziała tylko, czy bardziej szokowało ich znalezienie ręki, czy jej tajemnicze zniknięcie. Pomimo tego, że fan CSI przezornie zabronił zbliżania się gapiom do pomnika, tam również nie zabezpieczono żadnych dowodów. Park codziennie odwiedzało wiele osób, nie udało się więc zabezpieczyć żadnych wyraźnych odcisków butów, a dość silny wiatr rozwiał wszelkie inne prawdopodobne ślady. Komisarz Tasińska sama nie wiedziała, co powinna myśleć o całej tej sprawie. Nie miała podstaw do zatrzymania żadnego ze zgromadzonych ludzi, ani do zamknięcia parku, chociaż najchętniej by to zrobiła i w spokoju szukała dłoni. Niewątpliwie działo się tu coś dziwnego, wezwała więc patrole do kontrolowania terenu. Zaginiona część ludzkiego ciała stanowiła nie lada zagadkę, bo czy odcięta ludzka dłoń może pojawić się ot tak i ot tak wyparować?

            Komisarz Tasińska była już bliska obłędu, kiedy około trzeciej po południu odebrała kolejne zgłoszenie i dowiedziała się, że zaginioną dłoń widziano ponownie, tym razem na schodach prowadzących do mauzoleum. W asyście aspiranta Głowackiego i trzech innych policjantów pobiegła tam ile sił w nogach i tchu w płucach.

***

            Kiedy rano wróciła do parku, na widok policjantów mocniej zabiło jej serce. Była niemal pewna, że stało się coś złego. Jednak jego nigdzie nie dostrzegła. Miała co prawda obawy, ale starała się ich do siebie nie dopuszczać. To, że policjanci byli w parku, musiało być zwykłym zbiegiem okoliczności. Może mają tu taki zwyczaj, że codziennie robią obchód? Odeszła czym prędzej w przeciwnym kierunku. Chodziła po parku kilka godzin, ale go nie spotkała. Zaczynała się już nawet zastanawiać, czy nocą jakoś stąd nie wyszedł. Usiadła na schodach mauzoleum i oparła obolałe plecy o kolumnę. Zamknęła na chwilę oczy, a kiedy je otworzyła, u dołu schodów dostrzegła dłoń. Z początku ogarnęło ją zdziwienie, ale zaraz potem uśmiechnęła się do siebie. Turyści trzymali się w bezpiecznej odległości i patrzyli na nią jak na wariatkę. No tak, normalnie i ona nie byłaby zachwycona widokiem dłoni u stóp mauzoleum, ale od roku, odkąd miała jego, w jej życiu nic nie było normalne. Dłoń, która pojawiła się znienacka, świadczyła o tym, że i on gdzieś tu jest, może nawet schował się tuż obok, za żywopłotem. Spojrzała w tym kierunku, kiedy nagle z drugiej strony schodów wyskoczył olbrzymi, czarny jak węgiel dog niemiecki, chwycił dłoń w pysk i zaczął uciekać.

- A niech to! - pomyślała i wdała się w pościg. Była tak skupiona na swoim podopiecznym, że nie zauważyła nadbiegających policjantów.

- Protazy! Protazy! Do nogi! Słyyyyyszyyysz? Stój! Do nogi ty przebrzydłe, nieusłuchane bydle!

Goniła Protazego przez kilkadziesiąt metrów, a ją goniła piątka policjantów. Nagle pies zatrzymał się i odwrócił do niej. W geście zachęty do zabawy położył przednie łapy na ziemi, a tyłek uniósł do góry. Wściekła, ale zarazem szczęśliwa, dopadła do niego, chwyciła za obrożę i przypięła do niej smycz. Potem wtuliła twarz w miękką sierść psa. Pachniała trawą i ziemią.

Wydała zduszony okrzyk, kiedy otoczyło ją pięciu policjantów celujących do niej z broni. Protazy rad z okazywanego mu zainteresowania, zaczął merdać ogonem i podrzucać poszukiwaną dłonią.

            Razem z Protazym odwieziono ją na komisariat w Mosinie, gdzie musiała się tłumaczyć, dlaczego dłoń manekina za sprawą jej psa siała postrach wśród rogalińskich turystów. Wyjaśniła, że jest kostiumologiem i jedzie na pokazy do Gdańska. Niestety organizatorom brakuje manekinów, więc musiała zabrać ze sobą swojego. Protazy od zawsze wykazywał zainteresowanie kukłą, szczególnie jej dłońmi i stopami. Pozwoliła mu w czasie podróży pobawić się dłonią, dzięki czemu zachowywał się w miarę spokojnie. Jechali od kilku godzin i postanowiła zatrzymać się na nocleg w Rogalinie. Protazy wykorzystał chwilę jej nieuwagi i uciekł z dłonią manekina. Dotarła za nim aż do parku. Niestety zbliżała się dwudziesta, park zamykano, wiec musiała przerwać poszukiwania. Nie zawiadomiła nikogo z pracowników, ponieważ nie chciała po raz kolejny wysłuchiwać kazań i pouczeń ze strony obcych ludzi na temat swojego psa. Doskonale wiedziała, że jest krnąbrny i niezwykle energiczny, nikt nie musiał jej dodatkowo uświadamiać. Dlatego wróciła tu rano i w pojedynkę wznowiła poszukiwania. Wiedziała, że Protazy nie zrobi nikomu krzywdy, to łagodny pies. Bała się jedynie, że coś zniszczy, ale ponieważ rano nie znalazła ani rozkopanych kwiatów, ani połamanych krzewów, uznała, że wszystko jest w porządku. Nie przypuszczała bowiem, że Protazy będzie straszył odwiedzających, podkładając w różne miejsca rękę manekina.

Komisarz Tasińska z trudem powstrzymywała śmiech słuchając opowieści zatrzymanej kobiety. W gabinecie obok aspirant Głowacki i kilku innych policjantów nie musieli troszczyć się o utrzymanie poważnej atmosfery, więc śmiali się do rozpuku. Nikt nigdy by nie przypuszczał, że dog niemiecki Protazy, jego roztargniona właścicielka i manekin, a w zasadzie tylko jego dłoń, będą autorami największej afery kryminalnej, jaka zdarzyła się w Rogalinie.