II miejsce

Podmiana

Hrabia Edward Raczyński siedział od rana w swoim gabinecie. Ciepło z rozpalonego przez służbę kominka przyjemnie rozchodziło się po całym pokoju. Za oknem hulał po rogalińskim parku listopadowy wiatr, zamiatając z trawnika kolorowe liście. Przez wczorajszą kolację wydaną na cześć znakomitego gościa i jego wieczór recytatorski Edward nie miał czasu na przejrzenie bieżącej korespondencji. Teraz cisza poranka sprzyjała skupieniu.

Spojrzał na list opatrzony pieczęcią Biblioteki Raczyńskich. Uśmiechnął się dobrotliwie, lubił bowiem prowadzić korespondencję z dyrektorem Łukaszewiczem. Sięgnął po nożyk i ostrożnie rozciął kopertę. Wyciągnął list i zaczął czytać.

Szanowny Panie Hrabio,

Wszystkich nas przygnębieniem napełniły wieści o zdobyciu przez wojska feldmarszałka Paskiewicza Warszawy i o podjętej w związku z tym decyzji Sejmu o zawieszeniu narodowego powstania. Smutek napełnił każdy dom polski i każdą polską rodzinę. Już o tym pisałem w poprzednich mych listach. Tym razem Drogi Hrabio ośmielam się zwrócić Twoją atencję na mojego brata ciotecznego Tadeusza, który w czasach tej wojennej zawieruchy w domu moim znalazł chwilowe schronienie. Tadeusz pochodzi z Litwy i tam będąc ochotnikiem powstańczym rozpoczął swoją wojenną tułaczkę, którą zakończył we wrześniu na szańcach stolicy. To, co przeżył w czasie powstania, tak silnym stało się dlań wspomnieniem, że dał temu upust poprzez tworzenie dzieł poetyckich. Przyznam, żem sam uległ niezwykłemu wzruszeniu wczytując się z uwagą w jego wiersze. Z jakąż to siłą poruszył me serce utwór o śmierci dzielnej kobiety - pułkownika Emilii Plater... Jakże poruszający jest obraz obrony warszawskiej reduty dowodzonej przez jenerała Juliana Ordona… Przekazuję Tobie Hrabio oba wiersze, poddając je Twojej opinii. Ciekaw jestem, co o nich sądzisz?

Z wyrazami pełnymi szacunku

Józef Łukaszewicz

Edward zaczął czytać oba utwory spisane na osobnych arkuszach. Poczuł narastające mrowienie skóry pod włosami. To było niesamowite doznanie, zupełnie odmienne od tego, jakie doświadczył słuchając wczoraj w salonie miłosnych liryków. Niespodziewanie jego kontemplacyjny nastrój przerwał nagle hałas dobiegający z korytarza. Bez pukania do gabinetu wbiegł zdyszany służący.

– Najmocniej przepraszam pana hrabiego, ale zdarzył się wypadek – wysapał lokaj i zapominając o dobrych manierach otarł rękawem białej koszuli spocone czoło.

Hrabia wyrwany z zamyślenia spiorunował spojrzeniem służącego.

– Co się stało Gerwazy?

– Chłopak z Radzewa przybiegł właśnie do pałacu i oznajmił, że pan Adam Mickiewicz z konia spadł i życia znaku nie daje. Chłopi go na furmankę przenieśli i jadą z nim do Rogalina.

– Mój Boże! Jak to się stać mogło? Dlaczego pan Mickiewicz nie był w swoich pokojach? – hrabia Raczyński uchwycił służącego za rękę i jął nią energicznie potrząsać.

– Pan Mickiewicz przed świtem wierzchowca kazał szykować, mówiąc, że do Kórnika się udaje. Odźwierny twierdzi, że wczoraj po kolacji posłaniec list do pana Adama przywiózł. Podobno od hrabiny Łubieńskiej, która do Kórnika wczoraj w gości przybyła. Nic więcej, jaśnie panie, nie wiem. – Gerwazy patrzył wystraszony we wściekłe oczy hrabiego.

– Konstancja Łubieńska? Tego mi brakowało tylko! Skandal obyczajowy pod moim bokiem! – Raczyński aż trząsł się z oburzenia. – Specjalnie do Kórnika przybyła, żeby mi gościa omamić. Schadzek się jej zachciało. Szybko, konia każ szykować!

Gerwazemu nie trzeba było dwa razy powtarzać polecenia. Wybiegł z gabinetu i popędził w dół schodami z okrzykiem:

– Konia dla hrabiego, konia!

Tymczasem drzwi od gabinetu znów się uchyliły i ukazała się w nich w porannym stroju Konstancja, żona hrabiego.

– Edwardzie, co się dzieje? Co to za hałasy z samego rana?

– Nasz gość, pan Mickiewicz, przed świtem ruszył na amory do Kórnika i jadąc zapewne po ciemku, spadł z konia. Chyba źle z nim, bo chłopi go wiozą na wozie. Biorę konia i jadę zobaczyć, co się stało. Ty tymczasem przygotuj pokój dla rannego.

Hrabina jęknęła cicho i jęła przywoływać pokojówkę do swojego apartamentu.

Pół godziny później furmanka z sianem, na której spoczywał krwią broczący Adam Mickiewicz, wtoczyła się na brukowany dziedziniec przed rogalińskim pałacem. Wokół wozu kroczył spory tłum okolicznych chłopów, służących z dworu i wiejskich dzieciaków. Przodem niczym generał na karym koniu jechał sam hrabia Edward.

– Zanieście ostrożnie rannego do pałacu – wołał w stronę Gerwazego, który w otoczeniu innych lokajów stał u progu drzwi wejściowych. Do młodego zaś stajennego, który ruszył przytrzymać za uzdę jego konia, powiedział pośpiesznie: – Bierz najlepszego konia i gnaj czym prędzej do Poznania, do szpitala Przemienienia Pańskiego, do sióstr szarytek. Sprowadź doktora Marcinkowskiego. Powiedź, że hrabia Raczyński prosi usilnie do ciężko rannego.

Z pałacu wybiegła hrabina Konstancja w otoczeniu dwóch pokojowych. Podbiegła do wozu, na którym spoczywał ranny. Widok był wstrząsający. Mickiewicz miał głowę owiniętą w chłopską koszulę, która cała nasiąknęła już krwią. Okrwawioną twarz trudno było rozpoznać. Odzienie jego było poszarpane i ubłocone. Charczał.

– Mój Boże, co też się stało? – Konstancja załamała ręce. – Trzeba czym prędzej obmyć i opatrzyć mu rany.

– Koń go poniósł, a przeskakując przez strugę, zrzucił na ziemię. Upadając musiał uderzyć głową w stary pień drzewa – odparł Edward pomagając przy podnoszeniu rannego z wozu.

– Ale historia! Będzie afera na całe Księstwo Poznańskie. Mickiewicz miał jutro wrócić do Gorzeńskich do Śmiełowa. I co teraz będzie? – lamentowała hrabina.

– Módl się tylko duszko kochana, żeby on tu nam nie skonał – dodał hrabia Edward – bo to dopiero będzie afera, większa niż na całe Księstwo.

 

Wieczorem tegoż samego dnia w oknie pokoju gościnnego na parterze została zapalona świeca gromniczna. Doktor Karol Marcinkowski zmierzał ku podstawionej pod wejście dorożki. Towarzyszył mu sam hrabia Edward.

– To wszystko, co mogłem zrobić. Nie było sensu wieźć go do szpitala. Ten młody człowiek był w stanie agonalnym. Uszkodzona czaszka… – lekarz rozłożył bezwiednie ręce. Raczyński uchwycił go mocno za ramię.

– Liczę na twoją dyskrecję, Karolu. Proszę, nie rozpowiadaj na razie o dzisiejszym zgonie w moim pałacu. Muszę całą sprawę przemyśleć. Rozumiesz… To wielka strata dla nas wszystkich, zwłaszcza teraz, gdy powstanie upadło i duch w narodzie przygasa. Wiadomość o śmierci wielbionego poety byłaby dodatkowym wstrząsem.

– Oczywiście, hrabio. Może pan całkowicie polegać na mojej dyskrecji. Do zobaczenia.

Dorożka z turkotem oddaliła się z pałacowego dziedzińca. Edward udał się do swego gabinetu na piętrze i zasiadł przy biurku. Czuł wielkie przygnębienie i smutek. Musiał się dobrze zastanowić nad tym, co powinien teraz zrobić. Jego wzrok padł na otwarty list. Chwycił go i podszedł do kominka. Przeczytał po raz kolejny wiersze. Otarł łzę kręcącą się mu w oku. Patrząc w płomienie ognia skaczące po drewnianych kłodach analizował cały miniony dzień. Stopniowo zaczęła się w nim kształtować pewna zuchwała myśl. Sięgnął po mosiężny dzwonek stojący na biurku i przywołał Gerwazego. Ten po chwili stanął usłużnie w drzwiach.

– Jutro rano trzeba będzie posłać gońca do Śmiełowa z zaproszeniem do hrabiego Gorzeńskiego, a do Poznania wysłać dorożkę po dyrektora Łukaszewicza i jego kuzyna Tadeusza.

Gerwazy skinął znacząco głową i odwrócił się ku drzwiom zamierzając odejść.

– Czekaj! – Zawołał hrabia. – Skreślę kilka słów do dyrektora. Przekażesz list stangretowi.

Raczyński umoczył angielską stalówkę swojego pióra w kałamarzu i zaczął pisać na papierze.

Drogi Józefie!

Bardzo mnie wzruszyły wiersze Twego brata ciotecznego, Tadeusza. Myślę, że jego talent poetycki może być obecnie wielce użyteczny. Dlatego proszę Cię, byś jak najpilniej przybył z krewnym swoim do mnie, do Rogalina. Sprawa jest wagi narodowej. Mam pewien pomysł co do przyszłości Twego krewniaka, ale ze względu na pewne okoliczności, które chcę Ci osobiście wyjawić, działać musimy natychmiastowo.

Z wyrazami serdeczności,

Edward Raczyński

Poczekawszy chwilę, aż wyschnie atrament, Edward złożył list, przypalił kawałek laku i zapieczętował korespondencję. Wręczył ją Gerwazemu.

– I jeszcze jedno, Gerwazy. Masz pouczyć służbę, aby nie rozpowiadała o zgonie pana Adama Mickiewicza. To ważne. Zrozumiałeś?

– Tak, panie hrabio. Nikt z pałacu nie piśnie ani słowa.

Następnego dnia w porze obiadowej na dziedziniec pałacu zajechała hrabiowska dorożka. Wysiadło z niej dwóch mężczyzn, którzy natychmiast zostali poprowadzeni do gabinetu Edwarda.

– Witaj Józefie! – Raczyński z otwartymi ramionami ruszył ku pierwszemu z gości. – A to zapewne Tadeusz?

– Tenże, o którym wspominałem w liście. – Dyrektor Łukaszewicz usunął się nieco na bok.

– Pokaż się no pan, panie Tadeuszu! – Hrabia Raczyński zaczął baczniej spoglądać na przybysza i obszedł go naokoło. – Postawny z pana Litwin. Wzrost odpowiedni, tusza w sam raz... Tak, takiego mi człowieka trzeba. Uczesanie się panu poprawi jedynie i sprawi nową odzież. Doskonale pan pasujesz do mego zamysłu. Czy gotów jest pan służyć dalej ojczyźnie całym swym życiem?

– Oczywiście hrabio. Natychmiast i bez zastanowienia – odparł zdziwiony nieco mężczyzna.

– To bardzo dobrze. Wyśmienicie. Muszę was obu zatem wtajemniczyć w pewien plan. Zaznaczam wszak, że ta rozmowa musi pozostać dozgonną tajemnicą między nami. Zapraszam na łyk wybornego koniaku.

Hrabia Raczyński stanął przy barku, napełnił szklanki złocistym płynem i podał je swoim gościom. Poczekał, aż zakosztują pierwszy łyk. Dopiero potem zaczął przemawiać.

– Otóż stała się rzecz niezmiernie przykra. Przedwczoraj bawił u mnie na kolacji sławny poeta Adam Mickiewicz. Niestety, rankiem wybrawszy się na konną przejażdżkę spadł nieszczęśliwie z wierzchowca i uderzył głową o pień drzewa. Pomimo natychmiast sprowadzonej z Poznania pomocy, wieczorem skonał. Nie ukrywam, jak bardzo przykra jest to dla mnie sprawa. Jednak nie względami osobistymi mój lęk jest przesycony. Wiadomo powszechnie, jak wielką sławą cieszył się w nardzie ów poeta. Poezja jego znana jest w całej Rzeczypospolitej. Choć moim zdaniem romantyczny charakter jego ballad i romansów niezbyt dopasowuje się do obecnych nastrojów przygnębienia, jakie w społeczeństwie panuje po upadku powstania. Niemniej, wiadomość o śmierci Mickiewicza wywołać by mogła w narodzie szok i niedowierzanie. A naród teraz potrzebuje wsparcia, pociechy. I choć zbrojnie walczyć już nie możemy, mamy wciąż oręż potężny przy sobie. Jest nią nasza duma, nasza historia i nasza kultura. A cóż jest dziś bardziej nośnego niż słowo pisane, niż patriotyzmem nasiąknięta literatura. Tak, drodzy panowie. Nie możemy ot tak sobie pochować Adama Mickiewicza. Musimy go wskrzesić i natchnąć do tworzenia poezji ku pokrzepieniu serc naszych zbolałych.

Józef i Tadeusz słuchali tego wszystkiego w osłupieniu. Raczyński tymczasem z coraz większym zapałem rozwijał swoją myśl, a twarz mu promieniała.

– Mój plan jest wielce ryzykowny, ale gdyby się powiódł, wiele z niego pożytku społecznego może jeszcze wyniknąć. Chciałbym wam przedstawić nowego Adama Mickiewicza.

Hrabia podszedł do Tadeusza i chwyciwszy go za bary spojrzał mu prosto w oczy.

– Panie Tadeuszu, pan mógłbyś zostać Mickiewiczem. Przybierzesz jego tożsamość i tworzyć będziesz poezję pod wypromowanym już w świecie nazwiskiem. Nadajesz się do tej roli, a pańska twórczość jest nam w kraju bardzo potrzebna. To szansa dla pana. Co pan na to?

Dwa dni później do Rogalina przybył hrabia Hieronim Gorzeński. Raczyńscy podjęli go obiadem, podczas którego Edward wyłuszczył cały swój szaleńczy plan.

– Rozumiesz, Hieronimie, obecną sytuację – przekonywał swego gościa Raczyński. – Trzeba będzie nowego Mickiewicza czym prędzej z Wielkopolski odesłać zza granicę. Niech jedzie do Paryża. Ty go tam wyślesz, a ja napiszę list polecający do księcia Adama Czartoryskiego. Niech on weźmie go pod swój protektorat. Najważniejsze, by już nigdy nie wracał w te strony. Nie może się bowiem spotkać ani z hrabiną Łubieńską, ani ze swym bratem Franciszkiem, który przebywa w Rogoźnie. Niech wiedzie spokojne życie we Francji, niech się tam ożeni i tworzy na chwałę naszej ojczyzny, niech rozsławia słowem pisanym bohaterskie czyny powstańcze. Tego nam dziś potrzeba: poety - wieszcza. A nieboszczyka Mickiewicza pochowam tymczasem po cichu w rodowej krypcie kościoła w Zaniemyślu. Nikt się nie dowie, co zaszło w Rogalinie.

Pod wieczór hrabia Hieronim Gorzeński opuszczał pałac w Rogalinie. Pożegnawszy się serdecznie z gospodarzami wsiadł do swojej szykownej karety typu berlina. W środku siedział już pasażer. Jego twarz skrywała się w mroku wnętrza.

– I cóż, panie Mickiewicz? Znów będę miał zaszczyt gościć pana w Śmiełowie – rzekł hrabia z lekkim uśmiechem. – Słyszałem, że pod natchnieniem pobytu w Rogalinie zacząłeś pan tworzyć wiersze bardziej patriotyczne. Z chęcią w pałacu posłuchamy nowej twórczości.

– To będzie dla mnie zaszczyt – odparł cicho pasażer. – Chętnie poznam bliżej życie dworskie w Wielkopolsce. Kto wie, może i z tego jakowe natchnienie jeszcze mi przyjdzie.

Z okna na piętrze odjazdowi karety przyglądał się hrabia Raczyński. Miał myśli pełne obaw, ale tak jak przez całe swoje życie, lubił podejmować się ryzykownych rzeczy. I o dziwo, zawsze na tym dobrze wychodził.