III miejsce

Cerambyx cerdo

Było wczesne rano. Brzask nie zdołał jeszcze wydobyć się z pęt nocnego nieba. „Idealna pora” – pomyślał Ireneusz. Jednak nie ruszył się z miejsca. Patrzył na białe kolumny frontonu kościoła świętego Marcelina. Myśl, że patron świątyni został ścięty, przejmowała go dodatkowym dreszczem. Nie mógł tak tkwić bez końca; ruszył w kierunku ciemnej ściany drzew z tą przytłaczającą świadomością, że za chwilę popełni przestępstwo. Największe przestępstwo w swoim ponadpięćdziesięcioletnim życiu.

Nigdy nie był tak zdenerwowany. Szedł cicho alejkami rogalińskiego parku. W przerzuconym przez ramię plecaku miał pensetę i mały plastykowy pojemnik z kawałkami kory i liści. Pocił się coraz bardziej. Nie znalazł uspokojenia w otoczeniu matuzalemowych dębów. Z namaszczeniem podszedł do jednego z nich. Był tu już wielokrotnie, a w myślach przećwiczył każdy, najdrobniejszy element zaplanowanej zbrodni. Znał te ciemne przebarwienia na starej, popękanej korze. Kozioróg dębosz uszkadzał drzewo, a z miejsca uszkodzeń wylewał się sok. Musiał dostać się do łyka. Zagłębił w drzewie pensetę i już po chwili poszukiwany obiekt biegał zdziwiony po ściankach plastykowego naczynia. Ireneusz patrzył zauroczony. Przed sobą miał pięciocentymetrowy okaz chronionej samicy Cerambyx cerdo. Samica była pod ochroną i żerowała wyłącznie na chronionych ponadstuletnich dębach. Według standardów Ireneusza była piękna.

„O cholera!”. Trzymany w drżących palcach korek od plastykowej fiolki wyślizgnął mu się z rąk. Schylił się, próbując go namacać. Nic z tego. Przeczesywał palcami śliską trawę, jedyne na co natrafił, to kawałek twardego papieru. „Skrawek reklamy, a może część kolorowej gazety?” – pomyślał i skrzywił się zdegustowany zaśmiecaniem parku przez turystów. Ale papier mu się przydał. Zwinął go w ciasny rulonik i zamknął buteleczkę. Mógł się wreszcie wycofać z miejsca popełnionego przestępstwa. Ściśle chroniony gatunek znajdzie się w jego kolekcji.

Szedł ostrożnie i cicho, zaraz jednak zawadził o coś dziwnie miękkiego. „Co to mogło być?”. Przeniósł wzrok i wzdrygnął się z przestrachem. Pod nogami leżał człowiek. Prawie na niego nastąpił. Schylił się i spojrzał prosto w otwarte, bezmyślne oczy jakiegoś mężczyzny, nie miał żadnych wątpliwości, dusza tego człowieka rozstała się z doczesnymi szczątkami już na dobre. Zrezygnowany sięgnął po telefon komórkowy. „Trudno, teraz wszyscy dowiedzą się, że szanowany rogaliński nauczyciel przyrody postanowił ukraść chroniony gatunek kozioroga dębosza.

Numer 112 przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Ireneuszowi wydawało się, że właśnie dostaje ostatnią szansę, żeby uciec i zapomnieć o wizycie w parku. W końcu uzyskał połączenie, jakiś zaspany głos kazał sprawdzić, czy znaleziony człowiek rzeczywiście nie żyje. Ireneusz bezrefleksyjnie ujął leżącego za kurtkę i zdziwił się kolejny raz. Ciało zdawało się być pozbawione szkieletu, trochę jak łóżko wodne albo zrobiona ze szmatek lalka, która wygina się na wszystkie strony. Facet niemal przelewał się przez palce.

Czekał dobry kwadrans. Było nieprzyjemnie, w dodatku zaczął siąpić deszcz. Wreszcie pojawiły się oczekiwane samochody. Błyski niebieskich świateł i ich smutne wycia brutalnie szatkowały ciszę. Ireneusz jeszcze raz spojrzał na sylwetkę kościoła świętego Marcelina i przypomniał sobie, że świętego, zanim ścięto, poddano jeszcze wymyślnym torturom. Świt zaczynał panoszyć się już na dobre.

– Mówi pan, że wyszedł na poranny spacer i natknął się na tego tu… – Ubrany po cywilu facet, którego wszyscy nazywali „panem komisarzem” noskiem buta dotknął delikatnie ciała.

– Nnno tak – drżąco i bez pewności oznajmił Ireneusz. Przepytujący go facet był siwy i jakby trochę wymięty. Ireneusz uznał przez chwilę, że to sam prokurator Szacki przyjechał z Warszawy. „Ech, chyba niemożliwe” – pomyślał, zanim przygwoździły go kolejne pytania. Nie było sensu dłużej oszukiwać. Trudno, za moment i jemu zetną głowę. Jeśli nawet nie dosłownie, to musi odpokutować za zamach na prawnie chroniony gatunek chrząszcza.

– Robaki pan zbierałeś? – Komisarz z obrzydzeniem patrzył na samicę dębosza, wiercącą się w plastykowym słoiczku. – No dobra, weź pan to paskudztwo i pokazuj dzieciom na lekcji.

Oczy Ireneusza stawały się coraz szersze ze zdziwienia. Jak to, przecież popełnił przestępstwo, a Siwy nawet się nie zainteresował.

– Nie spotkałem się jeszcze z czymś takim – powiedział cicho młody lekarz, oglądając zwłoki przypominające gumową lalkę.

– Upadł – powiedział wolno Ireneusz.

– Co? – Siwy po raz pierwszy popatrzył na niego z zaciekawieniem.

– Upadł z dużej… – A po sekundzie milczenia dokończył cedząc wolno słowa. – …nawet bardzo dużej wysokości. Jestem przyrodnikiem i trochę wiem o anatomii. Pewnie nie ma ani jednej całej kości. W środku jest miazga.

Komisarz nieco łagodniej popatrzył na stojącego naprzeciw przyrodnika. To prawda, że wyglądał jak dupa wołowa, ale zaoszczędził mu sporo czasu. Opinia patologa byłaby dopiero za dwa dni.

Sprawa nie wyglądała na trudną. Wyciągnął portfel ofiary i przeczytał na głos: – Jan Drozd. – A ciszej, z pewnym odcieniem refleksji, dodał: – Niezłe nazwisko na kogoś, kto postanowił zakończyć życie spędzając ostatnie chwile w locie.

Parę godzin później siedział już w biurze aeroklubu w podpoznańskiej Kobylicy i wbrew swojemu zwyczajowi pił kawę na czczo. Wiedział, że zaraz rozboli go żołądek, ale uznał, że to najlepszy sposób, aby spojrzeć w dekolt sekretarki szefa aeroklubu, gdy pochylona stawiała przed nim filiżankę. „Ciekawe, czy prawdziwe” – zamyślił się. Mógł odwiedzić wdowę po denacie. Miał jednak swoje przyzwyczajenia, wolał być lepiej przygotowany na rozmowę z pogrążoną w rozpaczy kobietą.

– Oto wyciąg wszystkich lotów w dniu wczorajszym. Nie jest tego dużo – oznajmił prezes aeroklubu, kładąc obok filiżanek wydruk liczący zalewie trzy pozycje.

Komisarz siorbnął, a szefujący aeroklubowi jegomość, którego tusza była zaprzeczeniem jakiegokolwiek sportu, może z wyjątkiem szachów, uzupełnił notatki swoim wyjaśnieniem.

– Znałem Jaśka, chyba wszyscy w Rogalinie go znali. Co jakiś czas wydawał albumy ze zdjęciami. Podobno miał nawet jakieś nagrody, „Złoty rogaliński dąb fotografii przyrodniczej”, czy coś takiego. Pisali o tym w gazecie. Nie czytał pan? – Popatrzył zdziwiony na siwego komisarza. – Ostatnio przychodził tutaj i namawiał Damiana Mączkę, żeby zabrał go do swojej motolotni. Zdjęcia lotnicze były jego marzeniem. Mówili, że pożyczył nawet temu Mączce jakieś pieniądze, podobno na mocniejszy silnik. No i na pewno nie popełnił samobójstwa, jeśli chodzi to panu po głowie. Nie był typem szczęśliwego człowieka, ale miał pasje, a ludzie z pasją nie skracają sobie życia.

– Czy na motolotni może lecieć więcej niż jedna osoba, no i czy da się z niej wypaść?

Z rozbudowanej odpowiedzi komisarz wydedukował, że jak najbardziej. Chciał już wyjść. Sekretarka więcej się nie pokazała, a wypita na czczo kawa zgodnie z przewidywaniami zamieniała się w żołądku w elektrolit. Na szczęście sprawa wydawała się brutalnie łatwa i była szansa, że rozwiąże ją jeszcze przed południem.

Bez trudu rozpoznał dom i garaż należący do Damiana Mączki. Właściciel doglądał swojej latającej maszyny: dokręcał jakieś śrubki, oliwił części. Zwykłe czynności, aby nie musieć zajmować się typowymi pracami domowymi. Nie przycięty trawnik i porozrzucane metalowe elementy przed parterowym domem zdradzały niechęć Damiana do prac innych niż mechaniczne. Na widok policyjnego radiowozu postąpił krok do tyłu, jakby próbował się schować.

– Damian Mączka, nieprawdaż? My do pana. – Nie czekając na odpowiedź odhaczyli furtkę i weszli do środka.

Damian Mączka miał trzydzieści parę lat, robiony na drutach zielony sweter i parodniowy zarost. Gdyby szukano statysty do roli lumpa, byłby wymarzonym kandydatem. Komisarz postanowił postawić wszystko na jedną kartę.

– Wypchnąłeś ze swojej paralotni Jana Drozda. Dlaczego? – mówił spokojnie.

– Sam wypadł.

– Jakby sam wypadł, zawiadomiłbyś o tym pogotowie, próbowałbyś go ratować.

– Ale czemu miałbym go wyrzucać?

– No właśnie. Powiedz nam.

– Nie ma co mówić, bo wypadł. Wychylił się z aparatem fotograficznym, chciał zrobić zdjęcie na konkurs o Rogalinie. I wtedy… no, poleciał Drozd. A nie zawiadomiłem ze strachu. Zresztą jak się spada z dwustu metrów pogotowie nie jest potrzebne. Nawet na części się nie da takiego gościa wykorzystać.

– Wyrzuciłeś, bo byłeś mu winien pieniądze. Pożyczył ci przecież, a że nie miałeś z czego oddać, no to fru.

– Przecież to bez sensu.

– Zbrodnie zawsze są bez sensu.

Damian Mączka podniósł się z fotela, może trochę za szybko i mało zgrabnie. Stary, podziurkowany przez mole stół, pewnie pozostałość po dziadkach, zadrżał, a brudne szklanki wydały dźwięczny brzdęk. Na wszelki wypadek policjant, stojący przy drzwiach przesunął się o krok, barykadując swoim ciałem wyjście. Ale Damian nie miał zamiaru uciekać. Podszedł do szuflady i wyciągnął wyrwaną z zeszytu kartkę.

– Nie trzyma się pana teoria. Nie miałem żadnego długu u Janka.

Rzeczywiście, na kartce, koślawym, odręcznym pismem było napisane, że Damian Mączka spłacił pięć tysięcy pożyczki. U góry data sprzed tygodnia, na dole podpis.

– Gdybyś pan poinformował od razu o wszystkim, byłoby prościej i prędzej uwierzyłbym w pana historię o nieszczęśliwym wypadku. Pójdzie pan z nami.

W duszy jednak siwy komisarz nie był wcale przekonany o winie Damiana Mączki. Coś się nie zgadzało. Widział tylu podejrzanych, że miał coś, co niektórzy nazywają instynktem psa. A w tym pokoju nie czuć było zapachu winy. Każde morderstwo – komisarz był o tym głęboko przekonany – jest rodzajem kosmicznej katastrofy, zmieniającej winowajcę, jego myślenie, zachowanie. Tutaj czegoś takiego nie było. Ale wykluczyć należało także nieszczęśliwy wypadek. Tragicznym zbiegom okoliczności towarzyszy zawsze wielki raban. Świadkowie żądają przybycia karetki, chcą ratować, nawet gdy nie ma już kogo ratować.

Po powrocie na komendę usiadł przy biurku i zaczął porządkować szpargały. Zaraz zacznie pisać protokół. Może wtedy połączy jakieś fakty. Choć wszystkie elementy układanki miał już przed sobą, wzór wydawał się fałszywy.

– Ktoś do pana, czy przyjmie go pan, komisarzu? – odezwała się sekretarka. – Niejaki Ireneusz Paprocki.

– Dobra, niech wejdzie.

Łowca prawnie chronionych owadów wciąż robił wrażenie kompletnego zagubionego. Najwyraźniej taką miał już minę i niewykluczone, że podobnie jak owadom, zdarzały mu się odloty. Czego chciał jeszcze? Złożył zeznania już na miejscu wypadku. Szybko okazało się, że Ireneusz Paprocki jest w posiadaniu jeszcze jednego brakującego szczegółu. Opowiadał, jak wypadła mu zatyczka do fiolki i jak posłużył się znalezioną kartką. W domu, już na spokojnie wyciągnął tę kartkę, rozłożył ją i wtedy coś go tknęło.

Komisarz spojrzał i klik, informacje powskakiwały na swoje miejsce. Kartka okazała się bowiem fragmentem zdjęcia, przedstawiającego mężczyznę i kobietę w czułym uścisku. Trzeba było tylko ściągnąć odciski palców i należało złożyć ostatnią już wizytę.

Dochodziła trzecia po południu, a posiwiały przedwcześnie komisarz siedział w schludnym mieszkaniu wdowy po Janie Droździe.

– Opowiem pani pewną historię – zaczął. Nie często spotyka się kobiety potrafiące latać na motolotni, zresztą w męskim kombinezonie trudno rozpoznać, kto kieruje czymś takim. W należącym do Damiana Mączki wehikule polecieliście robić zdjęcia. I to wtedy zapewne, tam wysoko, powiedziała pani mężowi, że ma romans, i to z Damianem.

Komisarz rozłożył fragment znalezionego zdjęcia przed wdową i mówił dalej.

– Na tym zdjęciu są tylko pani odciski i męża. Nikogo więcej. W pewnym momencie kłótnia musiała przybrać na sile. Wtedy wyrzuciła pani męża, a Damian Mączka całą winę wziął na siebie. Naprawdę musi panią kochać. Czy coś pominąłem?

Wdowa wielkimi, ciemnymi oczami spojrzała na policjanta.

– Mniej więcej dobrze, ale Janek to zdjęcie znalazł przez przypadek. Zaczął szukać chusteczek do nosa w moim plecaku. Wtedy natknął się na fotografię.

Zamyśliła się na moment, a potem dodała: – Gdybym go nie wyrzuciła z motolotni, rozbilibyśmy się oboje. Chyba już wcześniej coś podejrzewał. Tam w górze rozpiął szelki i próbował to samo zrobić z moją uprzężą. Chciał, byśmy oboje zginęli.

Siwy komisarz słuchał niezbyt uważnie. Zastanawiał się nad rolą przypadku. Gdyby ten z lekka przymulony przyrodnik nie zgubił zatyczki, wtedy fragment zdjęcia zostałby zadeptany przez lekarzy i ekipę dochodzeniową, a poranna mżawka usunęłaby wszelkie odciski. W pewien sposób chronione cerambyx cerdo pomogły rozwiązać zagadkę.