Wyróżnienie

Procedura

Procedura „Rogalin” znana na świecie jako „Hornsline” , „Cornes de ligne” lub „Líneas Horn” zawsze oznacza to samo: przepisy prawne regulujące postępowanie policji w przypadku takich zdarzeń, jakie rozegrały się na terenie Zespołu Pałacowo-Parkowego w Rogalinie, w dniu 10 czerwca 2016 roku.

Aspirant sztabowy Arkadiusz Nowaczyk obejmując stanowiska komendanta Komisariatu Policji w Mosinie, wiedział, że wcześniej lub później będzie musiał stawić czoła jakiemuś wydarzeniu w podlegającym mu Rogalinie.

 

Ruch turystyczny związany z Pałacem, to z punktu widzenia policji, drzemiący wulkan, który może przez wiele lat nie wykazywać najmniejszych aktywności, ale jak już coś się wydarzy, to będzie to przestępstwo na wielką skalę. Dlatego komendant, człowiek z natury dość perfekcyjny, w swoich myślach utrzymywał gotowość do wszczęcia procedur, utajnionych pod odpowiednimi kryptonimami „płótno” lub „srebro”. Z oczywistych względów nie będziemy tu przytaczać punktów postępowania, możemy jedynie potwierdzić domysł czytelnika, że procedura „płótno” obejmuje działania w przypadku kradzieży obrazu, a „srebro” – wszystkich pozostałych przedmiotów, które można bezprawnie wynieść z muzeum. W piątkowe popołudnie, 10 czerwca 2016 okazało się, że europejskie i światowe doświadczenia policji, zawarte w procedurach „płótno” i „srebro” są nie wystarczające.

- Szefie, mamy problem.

- Gdzie?

- W Rogalinie.

Dopiero teraz komendant podniósł oczy i badawczo spojrzał na sierżanta.

- To znaczy?

- Zniknęła kobieta.

Komendant z ulgą przyjął tę informację. Nawet zażartował:

- Mam nadzieję, że chodzi o żywą kobietę, a nie taką namalowaną na płótnie. Z tą byłoby gorzej. To jaka jest? Żywa?

- Mam nadzieję, że żywa.

- U…przepraszam… - komendant zmienił ton. W jego głowie pojawił się obraz z poprzedniej pracy. Młoda dziewczyna z ranami szarpanymi na całym ciele. Nie chciałby tego drugi raz zobaczyć, nawet na zdjęciach. – Coś wiemy o tej zaginionej?

- Tak, ma 67 lat…

Komendant drugi raz poczuł ulgę. Wyrzucił z pamięci fotografię zamordowanej dziewczyny, otwierając się na rutynowe wyobrażenia.

- I co?

- Przyjechała z całą grupą emerytów ze Śląska. Taka krajowa wycieczka Klubu Seniora czy coś w tym rodzaju.

- Rozumiem. I co dalej?

- Razem ze swoją wycieczką weszła do pałacu.

- No i ? – komendant spojrzał na zegarek, miał umówione spotkanie z burmistrzem.

- Ona weszła do pałacu, ale z niego nie wyszła.

- Jak to nie wyszła?

- Nie wyszła.

- A monitoring ?

- Na monitoringu widać, jak Ewa Poleska dochodzi do drzwi, przechodzi przez nie, ale na nagraniu z drugiej sali - już jej nie ma.

Komendant patrzył uważnie na swojego podwładnego i nie znalazł w nim tego, czego szukał najbardziej – zrozumienia, że sytuacja jest alarmowa i wymaga włączenia najwyższych procedur. Pytanie, jakich? W poszukiwaniu osoby zaginionej można przeczesać las lub trzęsawisko, ale muzeum? Zwłaszcza takie w Rogalinie. Działania operacyjne nabrały tempa. Sprawdzono, czy Ewa Poleska, emerytowana pracowniczka administracji jednej z kopalń śląskich, była notowana w aktach policyjnych. Okazało się, że była.

Tymczasem wokół Pałacu w Rogalinie panował ożywiony ruch. Nadjechały dwa kolejne autokary ze szkolnymi wycieczkami i dziesięcioosobowa grupka zagranicznych turystów, która przyjechała mini-busem marki Mercedes-Benz Sprinter 519 z francuską rejestracją. Zagraniczni turyści mówili zresztą po angielsku, niemiecku i francusku, wesoło nawiązując kontakt z polską młodzieżą. Wszystkich łączyło radosne podniecenie wynikające z niespodziewanej, sensacyjnej przygody na początku lata. Skrajnie odmienny nastrój panował wśród pracowników Muzeum. Mieli świadomość, że dla świeżo odrestaurowanego obiektu muzealnego, ten typ zamieszania jest niszczący. Oliwy do ognia dolała straż pożarna. Dwa wozy bojowe na sygnałach podjechały pod bramę, niemiłosiernie miażdżąc trawę. Czy były potrzebne ? Były.

Wszystko wynikało ze sprawy, jaką odnaleziono w aktach Ewy Poleskiej. Na kilka tygodni przed odejściem na emeryturę, zasłużona pracowniczka Działu Kadr Ewa P. została zatrzymana i doprowadzona na przesłuchanie w katowickiej prokuraturze. Sprawa z pozoru wydawała się banalna. Ewa P. była odpowiedzialna za dokumentowanie spraw personalnych, a ponieważ była miłą osobą, często w jej pokoju górnicy oprócz podań o zwolnienie lub zatrudnienie, składali wyrazy wdzięczności w postaci uśmiechu lub okazjonalnego żartu. Mieczysław W. też spróbował zażartować i skończyło się to fatalnie. Głównie dla Ewy P. Górnik Mieczysław miał w papierach naganę za niedopatrzenie czegoś tam, a ponieważ starał się o awans na stanowisko kierownicze, chciał, aby papierek z naganą wyjąć z teczki i wrzucić do kosza. Mieczysław był przystojny, nawet bardzo. I to chyba zdecydowało, że od razu nie został wyproszony za drzwi. „A co ja z tego będę miała, panie Mieciu?” – zażartowała pani Ewa. „Wszystko pani już ma, pani Ewuniu. Niezła z pani laska” – miał zawtórować Mieczysław Z., co nie było gustownym komplementem wobec pani zmierzającej ku emeryturze, ale nie gust a sens żartu miał znaczenie zwrotne, bowiem według zapisanych zeznań Ewa P. Zaproponowała: „O, już wiem. Panie Mieciu! Niech mi pan przyniesie dwie, albo nawet cztery laski dynamitu i jesteśmy kwita.” Ewa Poleska tłumaczyła się przed policją, iż do głowy jej nie przyszło, że zatrudniony przy robotach strzałowych górnik Mieczysław naprawdę dostarczy jej materiał wybuchowy, będący na wyposażeniu sprzętu górniczego. Ewa odebrała reklamówkę z napisem „Marlboro” i nie wiedziała, że w środku jest dynamit a nie – jak się spodziewała – zagraniczne pudełko czekoladek. W domu, po naradzie z mężem, zaniosła niefortunny prezent na komendę policji. Dyżurnemu oficerowi powiedziała: „Dzień dobry, mam dynamit” i po zabezpieczeniu operacyjnym reklamówki z napisem „Marlboro” , pani Ewa trafiła na przymusowe badania psychiatryczne, które nic nie wykazały. Sprawa miała miejsce 2 lata temu i nie trzeba by ją tu wspominać, gdyby nie to, że odnotowany fakt wniesienia materiałów wybuchów na posterunek policji automatycznie wznowił procedurę najwyższego bezpieczeństwa.

Oprócz strażaków i policji, swoje procedury mają również pracownicy Muzeum. Cztery panie poruszały się zwartą grupką, przechodząc od jednych funkcjonariuszy do drugich, pytając nieustannie o to, co się właściwie stało. Komendant je zauważył, podszedł, przedstawił się i oznajmił, że trwa akcja. Panie to już wiedziały i widziały. Słusznie domagały się jakiejś większej roli w tym zdarzeniu. W chwilę później jeden policjantów zapytał wprost, czy któraś z pań zna dokładnie architekturę Pałacu i tym samym wyklucza ukryte przejścia, prowadzące poza teren ogrodu. Pani doktor, będąca najlepiej zorientowana w historii obiektu, zaprzeczyła, choć swój krótki wykład zakończyła niefortunną hipotezą „…chociaż wie pan… budowę rezydencji zakończono w 1815 roku i w tym samym roku powstały pierwsze pruskie plany ufortyfikowania Poznania…” Policjant podniósł brwi, więc pani doktor pośpiesznie dodała „…ale nie łączyłabym tych faktów”. Za późno. W głowach policjantów z wydziału kryminalnego powstał obraz tunelu, przez który można przejść z obrazem Malczewskiego pod pachą. To niemożliwe – powtarzała jedna z pracowniczek Muzeum - znamy ten obiekt od podszewki i tu nie ma miejsca na pruskie czy jakiekolwiek podziemne korytarze. – Chociaż – dodała druga z czterech pań – pamiętajmy, że wojska pruskie splądrowały obiekt, ale nie po to, by coś tu dodawać.

Słowo „dodawać” zmieniło trop śledztwa. Dotąd wszyscy bardziej lub mniej świadomie zakładali, że Ewa Poleska zniknęła z monitoringu, celem wyniesienia czegoś z Muzeum. Teraz już była jasne, że jest odwrotnie. Ewa Poleska nie wyniosła nic z Muzeum, lecz wniosła. Siebie samą.

- Pani Ewo! Proszę wyjść. Wiemy, dlaczego pani się schowała! – krzyczał przez tubę policyjny negocjator.

Nie było to prawdą. Nie znano motywu. Najlepszy w Polsce pies wyszkolony do wykrywania żywych ciał, zaraz po wyskoczeniu z policyjnego helikoptera, kłusem pobiegł do sali balowej. Ale w sali balowej nie było Ewy Poleskiej, to znaczy nie było jej tam widać. Zapadł zmierzch. W świetle latarki komendant uważnie studiował zawartość podróżnej torby Ewy Poleskiej. Torba zaginionej, oprócz kosmetyków, zawierała obszerny notes w skórzanej oprawie. Na podstawie zawartych w nim odręcznych szkiców i notatek można było wysnuć tylko jeden wniosek: Ewa Poleska od kilku godzin tkwiła w miejscu, które oprócz niej znał do tej pory tylko Edward Raczyński. To on podczas przebudowy sali balowej na zbrojownię dyskretnie zlecił zamontowanie w ścianie schowka, przeznaczonego na przechowywanie zbroi, w której chciał być pochowany, ale ostatecznie zrezygnował z takiej dyspozycji testamentowej. Szkice i notatki nie świadczyły o jakimś zaburzeniu psychicznym autorki. Wprost przeciwnie – pani doktor z Muzeum stwierdziła, że rysunki utrzymane są we właściwych proporcjach a sama kreska szkiców świadczy o zawodowym choć niedzisiejszym już podejściu badacza.

Zapadła noc. Szkolne wycieczki z żalem, ale odjechały pod nakazem procedur szkolnych i wychowawczych. Pozostali prywatni turyści, wśród nich najbardziej kulturalni z minibusa z francuską rejestracją. - Nie podobają mi się ci ludzie – mruknął pod nosem komendant. Ale w chwili, kiedy przez telefon zarządził dyskretną i całonocną obserwację międzynarodowych gości, minibus odjechał. Jak się okazało – niedaleko. Tymczasem wiadomo już było, że Ewa Poleska wiedziona była jedynym motywem zniknięcia w murach Pałacu. Chciała spełnić swoje marzenie i spędzić jedną noc w prawdziwym pałacu. Marzenie to, choć dla wielu zrozumiałe, mogło budzić kontrowersje. Dlatego Ewa Poleska świadomie zorganizowała na swoim życiorysie cień związany z materiałami wybuchowymi. Chciała w ten sposób zapewnić sobie to, żeby nikt się do niej nie zbliżał, gdy będzie spełniać marzenie. Motywy te ustalił psycholog, stosując nowoczesne metody tworzenia portretów psychologicznych.

Rano, w porze śniadaniowej z Pałacu wyszła Ewa Poleska. Była trochę młodsza niż się spodziewano. Wzrokiem odszukała komendanta. Podeszła i przedstawiła się: - Inspektor Poleska. Przepraszamy, ale dla dobra eksperymentu nie mogliśmy ani pana, ani dowódcy straży zapoznać ze scenariuszem ćwiczeń. Są z nami specjaliści z Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Przyjechali tym minibusem na francuskich rejestracjach. Razem będziemy pracować nad wdrożeniem nowej procedury reagowania w podobnych sytuacjach. Pomagała nam pani doktor z Muzeum. To ona wymyśliła i podsunęła nam pomysł z kobietą, która znika w Pałacu, chowając się w nieznanym, ale prawdopodobnym schowku. Zresztą osobiście wykonała szkice, które już pan zdążył poznać. W zamian za współpracę obiecaliśmy dyrekcji Muzeum, że nowa procedura reagowania, będzie znana policjantom z całego świata pod kryptonimem „Rogalin”.

- Acha – odpowiedział komendant i spokojnie odszedł w stronę Pałacu.

- Coś nie tak panie aspirancie? – zaniepokoiła się inspektor Poleska.

- Wszystko w porządku…idę sobie pozwiedzać.

Aspirant sztabowy Arkadiusz Nowaczyk, komendant posterunku w Mosinie, nigdy nikomu się do tego nie przyznał. Sam wiele razy marzył o nocnym zaszyciu się w Pałacu w Rogalinie, ale nie wiedział, że to jest takie proste.