Wyróżnienie

Śmiertelny weekend i Studnia Napoleona

Piątek, 14 sierpnia

 – No ładne cacko – stwierdziła Ewa spoglądając z podziwem na bajkowy pejzaż
i cytując z przejęcia Maksa z „Seksmisji”.

Widok był naprawdę imponujący. Elegancka, pastelowa fasada rogalińskiego pałacu
i rozległy, zadbany park robiły wrażenie. Ewa nie była tu już od dobrych kilkunastu lat i teraz szczerze podziwiała efekty niedawnej renowacji. W środku rezydencji jeszcze nie była, ale na to będzie miała jeszcze czas po południu, po próbie. Wczoraj, po upalnym dniu i wieczornym koncercie w Poznaniu, przyjechała do Mosiny bardzo późno.

Jednak dzisiaj i tak, swoim zwyczajem, obudziła się o świcie, ale za to przy akompaniamencie ptasich treli. Na jej stołecznym osiedlu, chociaż bardzo ekskluzywnym, to się nie zdarzało. Ponieważ na hotelowe śniadanie było cokolwiek za wcześnie, wymknęła się na poranny rekonesans. Podjechała swoim wysłużonym, ale nadal szykownym BMW pod pałacową bramę. Nieopodal wisiały plakaty z jej zdjęciem, promujące jutrzejszy koncert. Na szczęście mało kto ją rozpoznawał. Starannie wypracowany wizerunek sceniczny był odmienny od jej codziennego wyglądu. Modne czarne okulary – przy dzisiejszej aurze uzasadnione – skutecznie zakrywały niemal pół twarzy. Po prawdzie i nazwisko na plakacie też było inne, niż to formalne. W końcu artystką tylko czasami bywała… Pospacerowała po parku, o tej godzinie cudownie cichym
i pustym, podeszła do schodów mauzoleum, przypominającego dostojną antyczną świątynię, obejrzała rokokowe posągi w ogrodzie.

Wróciła do samochodu i spojrzała na zegarek. Była 6.35. Legendarne rogalińskie dęby zostawi sobie na jutrzejszą poranną przechadzkę. Teraz pojedzie odwiedzić inne magiczne miejsce. Jutro może być zbyt tłoczno. Plakaty zapowiadały tam metę wielkiego rajdu nordic walking. A za jakąś godzinkę powróci na zasłużone śniadanko do hotelu.

Ewa zostawiła samochód i upajając się ciszą i porannym chłodem, weszła w las. Drewnianą, charakterystyczną konstrukcje dostrzegła już po chwili. Otoczenie tchnęło spokojem, rozproszone gałęziami drzew słoneczne światło przydawało miejscu tajemniczości.

Nie od razu zauważyła tę drabinę. Najpierw jej uwagę przykuły sroki. Ze dziwieniem
i zarazem rozbawieniem obserwowała, jak cztery czarno-białe ptaki ostrożnie, powoli obchodziły błyszczącą metalową drabinkę, porzuconą przy ścieżce.

– Skąd tu ta drabina? – zdziwiła się Ewa. I dopiero wtedy dostrzegła leżącego bez ruchu mężczyznę. Krzyknęła z przestrachu, ale starając się utrzymać nerwy na wodzy pochyliła się nad leżącym. Nieprzytomny młody mężczyzna w dżinsowej kurtce. Zobaczyła zakrzepłą krew. Wyciągnęła z torebki komórkę i trzęsącą się ręką wystukiwała numer, wciąż wahając się między policją a pogotowiem. Nie zdążyła wezwać pomocy. Usłyszała jakiś szmer, gwałtownie odwróciła się, ale uderzenie w głowę pozbawiło ją w momencie przytomności.

*

Gdy w południe menadżer zgłosił zaginięcie Ewy, dyżurny policjant nie odniósł się do zdarzenia z oczekiwanym zrozumieniem. Radził wręcz, aby zachować spokój i cierpliwie poczekać, bo na zgłoszenie jeszcze trochę za wcześnie, ale Borowski nie dawał się tak łatwo zbyć. Stanęło w końcu na tym, że zostawił dyżurnemu informacje o Ewie i swoje dane. Zapowiedział, że zadzwoni za kilka godzin. O tym, że może się spodziewać telefonu
w sprawie zaginionej Ewy Lasek przekazał dyżurny zwierzchnikowi, gdy kończył swą zmianę. Burzliwych wydarzeń w mieście było co niemiara, więc zdziwił się niepomiernie, gdy na wzmiankę o tym zdarzeniu, komendant – dotychczas spokojny, zaczął krzyczeć:

– Kto zaginął?! Ewa Lasek?! O której było zgłoszenie?! Dlaczego ja dowiaduję się
o tym dopiero teraz?!  

– Panie komendancie, to nie było tak istotne, bo minęło zaledwie kilka godzin od jej ewentualnego przyjazdu do Mosiny, a równocześnie wybuchła jakaś awantura podczas montażu estrady, podobno ukradziono jakąś drabinę do rusztowań i zanosiło się, że tego cholernego koncertu nie będzie na czas. Trzeba było kogoś wysłać na interwencję, a przecież od kilku dni wszyscy byli zajęci tym włamaniem do jubilera i …

– Tego cholernego, jak się wyraziłeś, koncertu i tak nie będzie, jak się pani Lasek nie znajdzie. Rozumiesz wreszcie?!

– Jak to? Dlaczego szefie?

– Dlatego, że Ewa Lasek to inaczej Eva Lass!

*

Tymczasem na ścieżce pojawiła się grupka starszych osób z obowiązkowymi kijkami w rękach.

– Mili państwo, z kilka minut zobaczymy kolejną atrakcję naszej wycieczki. Tajemniczą Studnię Napoleona. Nazwę tę magiczne źródełko zawdzięcza samemu wielkiemu cesarzowi Francuzów, który trzykrotnie przejeżdżał przez Mosinę. Legenda głosi, że w 1812 roku Napoleon wraz ze swoją armią zatrzymał się tutaj przed wyprawą na Moskwę, by zaczerpnąć wody do picia…

Dziarska pani przewodniczka w różowych adidasach i z jaskrawym żółtym parasolem wysoko uniesionym w górę, nie zrażając się wcale, że zdyszana grupa pozostaje coraz bardziej w tyle, niezmordowanie ciągnęła swoją opowieść.

– Gdy spróbował owej wody, to… Ależ mili państwo, proszę bliżej, proszę podchodzić…

Grupa turystów z uniwersytetu trzeciego wieku była najwyraźniej już mocno zasapana, ale pani Reginka - przewodniczka ani myślała im pofolgować.

– Był urzeczony jej niezwykłym smakiem – kontynuowała. – I legenda głosi, że zostawił nam tu wielki dar. Z racji, że był Francuzem, raz do roku woda w tej magicznej studni zmienia się w prawdziwego szampana. I niektórzy szczęściarze zapewnie będą się nim jutro raczyć, bo to przecież 15 sierpnia, huczne cesarskie urodziny – zakończyła ze swadą.

Tymczasem gromada staruszków dotarła do zabawnego monidła ze stylizowaną postacią w napoleońskim mundurze i w bikornie. Trzeciowiekowi studenci fotografowali się wzajemnie z wielkim entuzjazmem. Wreszcie, ci bardziej zdyscyplinowani, ruszyli do celu.

– Ho, ho pani Reginko! – zaśmiał się tubalnie pan Ludwik, dusza towarzystwa. – Niektórzy się już chyba uraczyli. I to nieźle – wskazał na dwie postacie leżące nieopodal zadaszonej studni.

Zaciekawiona grupa raźnie podeszła do cembrowiny. Śmiech momentalnie przerodził się w panikę. Krew na głowie kobiety i nieruchoma, dziwnie skręcona postać młodego mężczyzny tworzyły makabryczny obraz. Pani Regina wezwała policję.

 

*

Sobota, 15 sierpnia

Gonił ją z nożem. Biegła z coraz większym trudem przez las. Na drzewach wisiały czarne sylwetki. Czarne sylwetki w cesarskich kapeluszach. Sine potworne twarze. Rozpoznała to miejsce: zabytkowa studnia. Nie mogła już dłużej biec. Słyszała jego oddech. Coraz bliżej, coraz bliżej… Nie!!!

Obudził ją własny krzyk. Co za potworny koszmar! Otarła spocone czoło. Natrafiła ręką na bandaż. Z uczuciem paniki rozejrzała się dookoła. Była w szpitalu. Szczęśliwie, badania nie wykazały żadnych poważnych obrażeń. Opatrunek na głowie miał jeszcze pozostać przez kilka dni, ale ona mogła po południu wyjść ze szpitala. Już wcześniej złożyli jej wizytę dwaj policjanci. Z trudem przypomniała sobie ostatnie chwile tej dziwnej przechadzki: nieprzytomny, ranny mężczyzna, gorączkowy telefon na policję, a może na pogotowie, jakiś szmer za nią i ciemność. Przesłuchujący ją policjanci dopowiedzieli resztę. Zimny pot oblał ją, gdy dowiedziała się, że człowiek, do którego wzywała pomoc, już wtedy nie żył. Najpierw jednak padły rutynowe pytania o tożsamość, wiek, adres. I od razu zaczęły się problemy:

– Pani Ewa Lass, prawda? Rozpoznałem panią zaraz – ucieszył się starszy
z policjantów.

Uśmiechnęła się i odruchowo energicznie skinęła głową. Natychmiast poczuła ostry ból.

– Zaraz, zaraz – zaprotestował młodszy – jak to Ewa Lass? Na karcie – wskazał przypiętą do łóżka tabliczkę – ma pani wyraźnie napisane Ewa Lasek.

– No tak – przyznała, ­ bo Lass to jest tylko mój sceniczny …

– To ja poproszę dowód – nie ustępował młodszy.

– Jasny gwint, ale bystrzak mi się trafił! – pomyślała z irytacją. – Kurt Wallander to on raczej nie jest. Rozejrzała się bezradnie dookoła siebie, ale torebka na szczęście stała obok nocnej szafki. Wyciągnięty dokument tożsamości również nie wzbudził zaufania posterunkowego.

– O, jednak Lasek! Pani posługuje się nie swoim dowodem, tak?

– Pani wie, że to jest karalne?

*

Tymczasem w Mosińskim Ośrodku Kultury trwała gorączkowa narada. Wieczorny, tak długo planowany i przygotowywany koncert, stanął pod znakiem zapytania. Borowski był bardzo sceptyczny. Po wczorajszym fatalnym zdarzeniu nie chciał narażać zdrowia Ewy.
I jeszcze ten opatrunek na głowie… Rozmawiał kilkakrotnie z Ewą przez komórkę. Ona jednak nalegała, upierała się, nie chciała zawieść fanów. W końcu, z trudem, przekonała menadżera. Borowski doskonale wiedział, że Ewa nie czuje się dobrze, ale nadrabia miną. Znali się przecież od lat. Doszli do kompromisowego porozumienia: koncert odbędzie się, ale dzień później, w niedzielny wieczór. Organizatorzy imprezy powitali decyzję menadżera
z nieskrywaną radością i wyraźną ulgą. Tylko prawdziwy animator kultury rozumie, co to znaczy odwołać w ostatniej chwili imprezę dla młodzieży…

 

*

Po południu Ewa z nowym opatrunkiem, plikiem recept i wypisem opuściła szpital.
W obu rękach miała wielkie naręcze kwiatów. Od menadżera, ale także z Mosińskiego Ośrodka Kultury i z Muzeum w Rogalinie. Już wiedzieli, co się przydarzyło. W hotelu czekał na nią nadal pokój. Tu już też wiedzieli o wszystkim. Recepcjonistka był dla niej bardzo miła i pomocna. Zamówiła posiłek do pokoju, obiecała nie łączyć telefonów, nie wpuszczać nawet najwytrwalszych dziennikarzy. W pokoju powitał Ewę kolejny bukiet róż i miła karteczka od szefa hotelu. Niewiele zjadła z przyniesionych dań. Była zmęczona, obolała. Z niepokojem myślała o ponownym przesłuchaniu. Okazało się, że niepotrzebnie, bo rozmowa
w miejscowym komisariacie przebiegała już zupełnie inaczej. Przesłuchujący Ewę starszy, spokojny i taktowny oficer rozmawiał z nią bardzo rzeczowo. Policja dysponowała już wieloma ustaleniami. Identyfikacja zwłok młodego mężczyzny nie była trudna. Znany był miejscowej policji od swoich najmłodszych lat. Mirek Burski alias Buras z wiekiem tylko zmieniał, a raczej systematycznie wzbogacał zakres swojej działalności. Ot, taki sobie Pomysłowy Dobromir. Zaczynając od drobnych złodziejstw w szkole podstawowej, po okradanie kiosków, piwnic i ogródkowych altanek, doszedł w końcu do wprawy we włamaniach do mieszkań, sklepów i hotelowych pokoi. Był w tym naprawę niezły, ale jak twierdził miał pecha do policji. Niedawno wyszedł z więzienia po cyklicznej odsiadce. Jeszcze przed sekcją można było stwierdzić, że przyczyną śmierci był rozległy uraz głowy. Później miało się okazać, że złamał podstawę czaszki. Czego jednak szukał przy studni?
W nagłą miłość do zabytków nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył.

*

Pecha do policji miał też jego stały kumpel, niejaki Śliwa. Tym razem nie była to żadna ksywka, tylko prawdziwe nazwisko. Gdy przesłuchano pracowników firmy montującej w parku estradę, podejrzenie padło od razu na niego.

– Już wczoraj wieczorem kręcił się tu taki mały, rudy, namolny. Pytał o robotę, że niby może pomóc, przymawiał się o piwo, taki drobny cwaniaczek – mówili pracownicy Estradexu. – Rano zauważyliśmy porozrzucane rzeczy i brak tej drabiny. Zaraz pomyśleliśmy o nim. Już się więcej nie pojawił.

Kwestią czasu było zatrzymanie Śliwy. Miejscowi dzielnicowi byli sprawni. Znakomicie znali swoje rejony i swoich podopiecznych. Tu Sherlock Holmes nie był potrzebny. Doprowadzony Śliwa tym razem niespecjalnie stawiał opór. Jak zwykle próbował kozaczyć, ale było widać, że jest zdenerwowany i wyjątkowo prawie całkiem trzeźwy. Dopiero przed chwilą zaczął koić smutki w alkoholu w zaprzyjaźnionej melinie
z wyszynkiem na miejscu. Pytany o wiadome zdarzenia oczywiście niczego nie widział, nie słyszał i w ogóle go tam nie było. Poza tym się przecież ostatnio się poprawił i jest wzorowym obywatelem. Nawet pracuje i z elementem już się nie zadaje. Jednak gdy padła kwestia kradzieży drabiny, Śliwa zaskakująco szybko się przyznał. Tak pożyczył ją sobie, ale tylko na krótko. Potrzebował, a taką składaną trudno kupić, ale zwróciłby przecież. – Jak Boga kocham! – kończył wzniośle każdą wypowiedź.

– Ty Śliwa, Pana Boga do swoich szwindli nie mieszaj. Do czego potrzebowałeś tej drabiny? I po co chodziłeś do Studni Napoleona?

– Może chciałem pozwiedzać – wspiął się na wyżyny dowcipu Śliwa. Podobno na naukę nigdy nie jest za późno.

– Nie bądź taki erudyta, Śliwa. Widać, że odsiadki dobrze ci robią. Wiedzy ci przybyło. Skąd znasz Ewę Lasek?

– Nie znam człowieka, to znaczy tej Ewy – sprecyzował.

– A Burski? Jego też nie znasz? Co z nim zrobiłeś? Przestaliście się lubić? Przecież już nieraz „pracowaliście” razem? Coś poszło nie tak?

– W nic mnie nie wrobicie.

– A może jednak go zatłukłeś?­ ­Co, Śliwa?

– Nie odpowiadasz. Nie ma sprawy, Śliwa. Odpoczniesz sobie na dołku i wszystko dokładnie sobie przypomnisz.

*

Niedziela, 16 sierpnia

Śliwa przez noc jakby odzyskał pamięć. Był dzisiaj dużo bardziej rozmowny. Doświadczony w policyjnych procedurach, ten drobny złodziej i cwaniaczek, jak go trafnie podsumowano poprzedniego dnia, wiedział dobrze, że tym razem sprawa jest poważna. Był przecież na miejscu, widział upadek Burasa.

– To był wypadek – przyznał cicho. – Ten sklep przyuważyliśmy
z Burasem już dawno. Towar wypasiony, a zamki w drzwiach miał, jak nie przymierzając,
u mojej ciotki w komórce na węgiel. Buras otworzył drzwi w kilka minut. Braliśmy tylko najlepsze fanty: złote pierdółki, zegarki. Żadnego srebrnego szajsu. Tyle, co można wynieść przy sobie. I dobrze schować. Wszyscy wiedzą, że ta niby studnia teraz stoi sama. W dzień łażą tam jakieś turystyczne niedobitki albo wycieczki szkolne. Jak otworzyli znowu te muzeum w Rogalinie i odpicowali je na błysk, to te lepsze goście walą głównie do pałaca, po lesie się nie kręcą. No to chowaliśmy tam trochę drobiazgu, nim towar poszedł dalej,
w paserkę. Tym razem było więcej i droższe. W domu nie było jak schować, ciągle nas nachodzą. Mamy złą reputację – zakończył z wyraźnym żalem.

– Co ty pieprzysz Śliwa! W studni towar kradziony trzymacie? W konia nas robisz?

– No w studni, to nie. Ale u góry nad nią. Oj, no nie wie pan, że my z Burasem robote przy remoncie tych zabytków podłapali? Szukali po Mosinie fizycznych, ten ich szef nawet dobrze płacił, to my się najęli na sezon. Ja się na stolarce znam, to mi ten okap nad studnią do remontu dali. I okazja się sama nawinęła. Buras mi pomagał, to we dwóch take skrytke my tam zrobili, że mucha nie siada. Pierwsza klasa! Tyle, że wysoko było włazić. Ale bez pracy nie ma kołaczy - zakończył Śliwa sentencjonalnie.

Aspirant wykazał całkowity brak zrozumienia dla przemyśleń Śliwy i kazał mu wrócić do tematu.

– No więc najgorsze było, że tam teraz ten rajd mieli robić – kontynuował zwierzenia Śliwa. – Pełno jakiś sportowców, czy innych harcerzy przyjechało do Mosiny i nic by nie szło przy tej studni majstrować. Jeszcze mieli tam jakieś dekoracje wieszać, warty stawiać, to się trzeba było spieszyć. Ja przyuważyłem te drabine w parku. Mieli ją spece od sceny. Takiej to nie idzie normalnie dostać, wysoka, ale fajnie składana. Tyle, że Buras się potknął
i zleciał z samej góry. Walnął łbem o ten beton na dole i już się nie ruszał. Ja się zaraz zmyłem. A tej Ewy to nie znam i nic jej nie zrobiłem. Ja się mokrą robotą nie zajmuję, sam pan komendant może poświadczyć.

– Śliwa nie wstawiaj kitu, bo się pogrążasz.

– Oj tam, oj tam, zaraz pogrążasz. No może faktycznie trochę tę kobitkę przygłuszyłem, bo to ta jakaś Ewa była, co nie? Bo co miałem robić, musiałem towar szybko wyciągnąć, a ona się nawinęła. Po cholerę tam lazła tak rano? Porządne ludzie z miasta o tej godzinie jeszcze śpią. To było działanie w afekcie! Okoliczność łagodząca – zakończył ze znawstwem.

– Wiesz co Śliwa, ty nawet jak za uczciwą robotę się zabierzesz to i tak zrobisz jakieś świństwo. Popaprany jesteś na maxa – nie wytrzymał na koniec młodszy aspirant.

*

– Koncert był zajefajny! – z entuzjazmem dzieliły się wrażeniami z lokalną prasą dwie ostro wymalowane panienki. Publika dopisała tłumnie. Sukces! Ewa w profesjonalnym makijażu i w czarnej peruce skrywającej opatrunek, prezentowała nienaganną formę. Nawet oszczędny w pochwałach Borowski musiał to przyznać. Po koncercie była bardzo zmęczona, ale szczęśliwa. Rano chciała jak najwcześniej wyjechać do domu. Pozostałe atrakcje turystyczne Rogalina będą musiały poczekać do następnego razu…

           W komisariacie policji też nastąpił chwilowy luz: nareszcie koniec długiego weekendu. Dobrze, że przynajmniej na mecie rajdu i na koncercie tej Lass, obyło się bez większych incydentów. Może to kres kłopotów. Komendant czuł, że powoli wraca do niego spokój. Policjanci przekomarzali się i wymownie popatrując na szefa, podśpiewywali, że nazajutrz już od rana, będziemy pić szampana*. Do wspólnego degustowania francuskiego trunku jednak nie doszło. Komendant bowiem przypomniał sobie, że Burski i Śliwa pracowali również przy remoncie rogalińskiego pałacu. A tam tyle pokoi, tyle korytarzy, tyle murów, więc i możliwości mieli obaj znacznie więcej. Pomysłów im zapewne nie brakowało. Czy zdążyli sobie przygotować inne skrytki? I co mogą zawierać? – No to do roboty panowie!

Czyżby więc śmiertelny weekend miał mieć swój ciąg dalszy…?

* Roman Czeski „Piosenka o Studni Napoleona”