Bitwa pod Rogalinem

Rogalin - cudowne miejsce, przepełnione naturą, harmonią i duchem życia. Tu, nad brzegiem Warty fauna i flora żyje w symbiozie przepełnionej spokojem. Wśród starych, majestatycznych dębów pojawiają się chwile refleksji. Aż dziw, że odbyła się tu bitwa, w której ktoś poległ.

 

W obozie panował gwar i poruszenie. Wszyscy zgromadzeni przygotowywali się do starcia, które niebawem miało się odbyć. Jedni sprawdzali broń, inni rozmawiali o tym, co może się wydarzyć. Tylko nasz wódz Jakub Krauthofer - Krotowski w pełni opanowany analizował możliwe posunięcia i manewry. Ja usiadłem na mchu i rozmyślałem na temat przyszłości, którą być może okaże się wolność.

- Maciej! - zawołał niski mężczyzna o krępej budowie ciała. Wyrwany z oparów wyobraźni obróciłem się niespokojnie.

- Co się stało przyjacielu? - spytałem Karola. Miał twarz o przyjemnych rysach i wesołe niebieskie oczka, które z rozbawieniem brały cały otaczający go świat. Ubrany był zwyczajnie w koszulę i kamizelkę, z tym że z kieszeni na lewej piersi wystawała biała chusteczka. Sprawiało to dość zabawny widok, ale jak powiadał: "...elegancji nigdy za wiele". Swoją pulchnością wywoływał bardzo miłe wrażenie. Po chwili powiedział:

- Przepraszam, że tak długo czekałeś, ale...- tu gorączkowo przełknął ślinę - zgubiłem twój modlitewnik i szukałem go chwilę wśród krzaczków jagód. Przepraszam i dziękuję, że mi go dałeś. - powiedział lekko zawstydzony i podał mi małą książeczkę w czarnej oprawie.

- Mam nadzieję, że czytając utwierdziłeś się w przekonaniu, że to MY wygramy! - powiedziałem stanowczo. Towarzysz spojrzał z nadzieją w me oczy, czułem jak bardzo pragnie zwycięstwa.

- A jeżeli coś się nie uda? Może stąpamy dziś po ziemi ostatni raz? - w głosie Karola słychać było niepewność. Zawahałem się, prawdę mówiąc w głębi duszy wciąż o tym myślałem, jednak nie mogłem powiedzieć tego wprost.

- Jeśli tak, to niczego nie żałuję, ani tego jak żyłem, ani tego że umrę dla ojczyzny. Te słowa sprawiły, że na twarzy przyjaciela zabłądził uśmiech, nie był on duży, ale za to szczery. Wiedziałem, że myśli on podobnie, jednak wciąż lęka się śmierci. Skończyliśmy te rozważania i mimo, że wszystkie myśli były skupione na nocnej bitwie, rozpoczęliśmy rozmowę na nowy temat. Zaczynał zapadać zmierzch i wszyscy przygotowywali się do starcia. W górze roztaczał się nieziemski widok. Oprócz srebrnego księżyca, miliony gwiazd migotały na nieboskłonie. Patrzyłem na nie z uwielbieniem, wyobrażając sobie, że ja, jak każdy człowiek mam swoją gwiazdę we wszechświecie. Oglądając ich nocny spektakl ogarnęło mnie zadumanie. Ja i mój brat - Henryk, mieliśmy stanąć do walki o lepszą, bo naszą Polskę. Był on w oddziale Celińskiego i nie miałem sposobności się z nim zobaczyć. Bałem się o niego i innych kompanów, zastanawiałem się: czy nasze gwiazdy będą jeszcze długo świecić? Wtedy zamknąłem oczy i przywołałem wszystkie najpiękniejsze wspomnienia: pierwszą komunię, biwak nad jeziorem i wakacje u babki Anastazji. "Tak szybko mija to życie, nie nacieszysz się nim w pełni, a już czas ci umrzeć" pomyślałem. Wtedy ruszyliśmy.

Powoli zaczynało się chmurzyć. Szliśmy bez słowa przemykając się między drzewami, jak cienie. Wszyscy zwarci i gotowi, jak jeden mąż dążyliśmy wytrwale do celu. Każdy myślał o najbliższych i każdy czuł się w obowiązku do obrony ojczyzny. Strach przejmował, ale to patriotyzm napędzał krew. Byłem niespokojny ale i radosny z możliwości sprawdzenia się w boju. Zaraz się zacznie - pomyślałem i jaki inni przyśpieszyłem kroku.

- Widać już błyski świateł, więc jesteśmy blisko - szepnął ktoś niedaleko. Jesteśmy - pomyślałem - i będziemy. Księżyc schował się za jakimś niewielkim obłokiem, przez chwilę panował półmrok. Mimo tego, kontury stawały się coraz bardziej widoczne. Dostanie im się - wiedziałem, że tak musi być. Szliśmy poprzez zarośla aż pod sam pałac. Gdy tylko ci ze środkowej kolumny wychylili się z lasu, Prusacy otworzyli ogień. Nie czekając ani chwili rozpoczęliśmy ostrzał nieprzyjacielskich szeregów. Oni lekko zdezorientowani odpowiedzieli salwą. Dało to czas ostatniemu oddziałowi na dojście. Od tego momentu wiedzieliśmy, że mamy przewagę. Kiedy dotarli towarzysze broni i przypuścili ostateczny szturm, Prusacy zawahali się. Nie będąc w stanie odeprzeć naszego ataku, tak szybko jak mogli, zaczęli uciekać w kierunku rzeki. Wokół panowała euforia przepełniona wesołymi okrzykami. Wszyscy cieszyli się jak mogli, jednak radość trwała krótko, bowiem w walce ucierpiało wiele osób. Jedni mieli tylko powierzchowne rany, inni leżeli na ziemi bez życia. Obok mnie słychać było konanie. Właśnie zamarł czyjś mąż, ojciec, brat. Niedaleko jęk - to ciężko ranny prosi Boga o śmierć. Jeszcze dalej szept modlitwy unosi się powoli ku niebu. Nagle usłyszałem z oddali znajomy głos. Nie! - pomyślałem - tylko nie on! Kiedy dobiegłem na miejsce skąd dochodziło wołanie, młody mężczyzna leżał na ziemi w kałuży krwi. Spojrzawszy na zapadniętą twarz brata i ujrzawszy jego rozdartą na brzuchu koszulę, wiedziałem, że rana jest śmiertelna. Nie mogłem się ruszyć, nawet oddychać, łzy same ciekły po policzkach. Szepnął tylko: Macieju! - i zamknął oczy. W jednej chwili cały świat gdzieś zniknął, była tylko wszechogarniająca pustka. Serce mi stanęło - co teraz? Przygarbiony nad ciałem brata, nie wiedziałem co robić. Wtedy podszedł do mnie Karol i położył mi rękę na ramieniu.

Cieszyliśmy się ze zwycięstwa, w końcu to my wygraliśmy, zdobywając utraconą wolność. Opatrzyliśmy rannych i pochowaliśmy zmarłych. Szczęście mieszało się ze smutkiem, ale tak już musi być. Nasze gwiazdy jeszcze świecą, ich musiały zgasnąć.

Marta Budzińska
kl. 1b
Gimnazjum w Pecnej
ul Gtówna 20, 62-053 Pecna
opiekun - nauczyciel historii Michał Smolarczyk

Lokalizacja oddziałów