Styczniowe spotkanie autorskie

  • Kategoria: Aktualności (dla dorosłych)

Z marzeniami trzeba ostrożnie

Któż z nas nie lubi podróżować? Odkrywać nowe miejsca, poznawać ludzi i ich zwyczaje, zgłębiać historię poszczególnych regionów. A już z pewnością – słuchać opowieści o dalekich, nieznanych nam lądach. Wieczór 30 stycznia, zorganizowany przez Mosińską Bibliotekę Publiczną oraz Mosiński Ośrodek Kultury, od początku zapowiadał sporą dawkę emocji, związaną ze spotkaniem autorskim (promującym jednocześnie książkę „Podróże do granic”) z dwoma podróżnikami, co więcej – mieszkańcami Mosiny, ojcem i synem: Robertem i Joachimem Czerniakami.

Wielu spośród nas z pewnością pamięta program „Klub sześciu kontynentów – Kawiarenka pod globusem” czy audycje Piotra Kaczkowskiego w radiowej „Trójce”. Od wspomnienia tych właśnie programów rozpoczął swoją opowieść Robert Czerniak, wprowadzając uczestników w klimat podróżowania i rodzącej się w jego życiu ciekawości świata. Pasja zmieniła jego życie – z zawodu cukiernik, stał się geografem i podróżnikiem, zarażając swoją pasją syna. W 2008 r. przez sześć miesięcy samotnie przemierzał Amerykę Południową. Na kolejną wyprawę, tym razem przez Boliwię, Argentynę, Brazylię, Wenezuelę, Kolumbię – aż do Meksyku, pojechał już z synem Joachimem. Podczas spotkania w MOK wielką przyjemnością było słuchanie o kajmanach, anakondach, kapibarach, wyspie Coche, którą bohaterowie opowieści postanowili obejść pieszo, a także wyprawie na czynny wulkan czy najczystszej wodzie na świecie na wyspie Cosumel.

To jednak nie był koniec opowieści. Po powrocie z tej wyprawy Joachim ciężko zachorował: stwierdzono u niego nowotwór mózgu. Po udanej operacji znalazł się na wózku inwalidzkim, z nie pozostawiającą nadziei diagnozą lekarzy, że nigdy już nie będzie chodził. Joachim nie poddał się jednak - dzięki wsparciu ojca ponownie nauczył się chodzić. Niemożliwe? O tym także jest ta książka: opowiada, jak kruche jest życie i jak silny potrafi być człowiek, gdy znajdzie się w sytuacji, wydawałoby się, bez wyjścia. Że może dokonywać rzeczy, które wcześniej były dla niego niemożliwe.

„Chciałbym pojechać nad morze” – powiedział któregoś razu Joachim. „To jedź” – odpowiedział Robert. Oczywiście chodziło o wyprawę rowerem, który był głównym „sprzętem” rehabilitacyjnym Joachima. Tak zrodził się szalony pomysł rowerowej podróży przez wybrzeże. Nazwali tę wyprawę „Ostatni trening”, bowiem była to rzeczywiście ostatnia „zaprawa” przed planowaną podróżą rowerową do Australii. Jak zaplanowali, tak też zrobili: 10 000 kilometrów, 176 dni podróży, 140 biwaków (nie licząc dużych miast, gdzie zatrzymywali się u tamtejszej Polonii). I oprócz pięknych widoków, przestrzeni, niezapomnianych przeżyć wrócili bogatsi w jeszcze jedno: że najtrudniejsze granice to te, które wyznacza nam nasz własny umysł. To od nas zależy, gdzie będą się one znajdować. Joachim przemierzył tysiące kilometrów. Wszedł w Australii na Górę Kościuszki – a miał nie chodzić… Czy kogoś jeszcze trzeba przekonywać do tego, że marzenia się spełniają?

Ta podróż trwa nadal. Ojciec i syn planują kolejne wyprawy, jak mówią – cały czas są w drodze. Spotkanie było nie tylko wspaniałą okazją do posłuchania ciekawych relacji z podróży do miejsc dla wielu z nas dotąd nieznanych. Było ono chyba przede wszystkim pokazaniem, że podróżować może każdy – nieistotne, czy będzie to odległy zakątek ziemi czy też najbliższa okolica. Bo nie miejsce jest ważne, a dostrzeganie świata wokół nas. Odkrywać to, co nowe, możemy wybierając się na spacer czy przejażdżkę rowerem po najbliższej nawet okolicy. Chłonąć przyrodę, powietrze, ludzi – życie. Dochodzić do naszych kolejnych granic i wciąż je przekraczać. Autorzy książki „Podróże do granic” pokazali, że tak można. I że życie jest niesamowicie zaskakujące. A przez to piękne.

Wszystkim Czytelnikom życzymy zatem wspaniałej, niezapomnianej podróży. Jak powiedział Robert na początku spotkania, z marzeniami trzeba uważać, bo one się spełniają. Nie bójmy się zatem marzyć i być w drodze, poznawać świat i się nim zachwycać, dochodzić do własnych granic – i wciąż je przekraczać. VAYA CON DIOS!    Marta Mrowińska